środa, 27 czerwca 2012

"Szepty", czyli wiktoriańskie ghostbusters


Szepty, brytyjski horror psychologiczny, wciąż w niewielkiej liczbie kopii nawiedzają kina. To nie tylko przykład tzw. polskiej szkoły kreatywnego tłumaczenia tytułów (ang. The Awekening, czyli przebudzenie), ale także dobry przykład na to, jak trudno zrobić bezbłędne kino gatunkowe.

Szepty mają twarz Rebecci Hall, która w pastelowych barwach prezentuje się intrygująco i atrakcyjnie. Otwierająca scena, zaskakująca dla tych, którzy nie zapoznawali się przed seansem z materiałami prasowymi, jest tak samo intrygująca (zaskakująca przewrotka), co atrakcyjna – rzeczona Rebecca Hall – wcielająca się w postać Florence, kobiety błyskotliwie demaskującej wszelkie przejawy rzekomego działania sił nadprzyrodzonych. Jak wiadomo, duchy nie istnieją. Istnieje rozum oraz wiedza, co Florence udowadnia w swojej bestsellerowej książce, w której bez cienia wątpliwości rozprawia się z wszelkiej maści oszustwami związanymi z duchami.

Wtem pojawia się przystojny, tajemniczy nauczyciel z tajemniczej szkoły, w której giną mali chłopcy. Giną ze względu na duchy, ale duchów nie ma, co Florence zamierza udowodnić. Trafiamy do wiktoriańskiej posiadłości, w której mieści się szkoła z internatem. Już pierwszej nocy za pomocą swego demaskatorskiego sprzętu udaje się naszej bohaterce udowodnić, że duchów nie ma, a tajemnicza śmierć chłopca nie była sprawką żadnej mary, a ludzkiej nikczemności. 30 minut filmu za nami. Florence odwaliła swoją robotę. Może wracać do domu... Ale nie wraca. Nie wiadomo dlaczego. Florence też nie wie. Aż tu nagle objawia nam się prawdziwa motywacja bohaterki – jej krucjata przeciw wszelkiej maści ducho-szarlatano-uzurpatorom związana jest z tym, że tak naprawdę ona chce ponad wszelką miarę w zjawiska nadprzyrodzone uwierzyć! Jej racjonalizm to poza. Florence pragnie uwierzyć w duchy, bo czuje, że tylko tak upora się ze świadomą traumą z przeszłości - jej ukochany zginął na wojnie – i traumą podświadomą, z której jeszcze nie zdaje sobie sprawy. Zda zaś, jak tylko uwierzy w duchy. Więc musi uwierzyć w duchy, żeby poradzić sobie z najgłębszą i najczarniejszą warstwą swojej podświadomości. Florence po prostu musi zostać. W przeciwnym razie film by się skończył. Film się nie kończy. Rozpoczyna się w zasadzie zupełnie nowa historia, pt. „uwierz w ducha” wbrew zarysowanemu początkowo portretowi psychologicznemu bohaterki. Stopniowo, wraz z rozwojem kolejnych wątków, opowieść rozwarstwia się coraz bardziej, na luźno z sobą związane mikro historyjki. Nie wiadomo zupełnie dokąd prowadzi, a gdy już dochodzi do finału jesteśmy kompletnie zagubieni. Sekwencje horrorowe są nastrojowe i przede wszystkim skuteczne – straszą, jednak fabularno-psychologiczny pretekst jest poprowadzony nieudolnie i zawodzi na całej linii.

Szepty przypominają niekochanego kuzyna chłopca z Szóstego Zmysłu i ubogą krewną Nicole Kidman z Innych. To rozczarowanie, którego nie rozgrzesza fakt, że kilkukrotnie Frankowy tyłek uniósł się z fotela w bezwarunkowym odruchu. Tylko dla osób ponad miarę spragnionych horroru. W przeciwnym razie,

oj, lepiej nie

Szepty, reż. N. Murphy, Anglia 2011

niedziela, 24 czerwca 2012

"Ścigana" vs. "Safe House", czyli jak dostać lanie od kobiety kontra showdown jak się patrzy





Kino akcji rządzi się swoimi prawami, tj. zwykle podporządkowane jest akcji. Bywa, że wyłącznie i nie ma w tym niczego złego. To, kino w którym dostajesz to, czego oczekujesz. Chyba, że nie dostajesz. W takim przypadku mowa o nieudanym kinie gatunku. Pojedynek w obrębie tej recenzji dotyczy dwóch szalenie podobnych filmów, z których jeden jest próbą odświeżenia formatu, drugi zaś zrealizowany został zgodnie z wszelkimi prawidłami rzemiosła.

Na początek świeżość. Ścigana rozpoczyna się niepozornie, ale to tylko cisza przed burzą. Znienacka następuje seria ciosów. Ekranowe uderzenia mają w sobie niespotykaną prawdę. Bolą, za każdym razem, a wyprowadza je Mallory - tajna agentka rządowa, która stała się niewygodnym elementem w wewnątrzagencyjnej intrydze i teraz jej pracodawcy chcą ją zlikwidować.
Reżyser Steven Sodebergh, który balansuje ostatnio pomiędzy eksperymentem a zagubieniem, obsadził w roli Mallory czynną zawodniczkę muai thai i gwiazdę MMA – Ginę Carano. Mallory nie stosuje chwytów rodem z Aniołków Charliego, ani nie nosi obcisłego kombinezonu Lary Croft. Ma za to w swoim repertuarze całą gamę duszeń, trzymań, dźwigni, kopnięć, podcięć. Mallory łamie kości. I robi to w sposób wiarygodny i prawdziwy. Choreografie walk są tak zrealizowane, że wreszcie “kobieta mnie bije” nabiera sensu. Bije i to jak! Ze specyficznym wdziękiem, wbrew powszechnemu modelowi przedstawiania w filmie walecznych kobiet. Sodebergh bawi się gatunkiem i tworzy specyficzne poczucie prawdy. Nie idzie na uproszczenia w stylu “zabili go i uciekł”. Mallory jest świetna w tym, co robi, ale nie jest superbohaterką. Wyplątuje się z tarapatów nie dzięki umownym super mocom, tylko wytrenowaniu i umiejętnościom. Na Mallory czyha cała plejada męskich gwiazd w świetnych epizodach: Antonio Banderas, Michael Douglas, Ewan McGregor, czy Michael Fassbender, z których większość chce ją zabić. Miło się patrzy jak Mallory ze swoim topornym wdziękiem kopie im tyłki.

W odróżnieniu od Ściganej, w Safe House nie ma miejsca na eksperymenty. Pewnie w dużej mierze dlatego, że kosztował cztery razy więcej. Intryga jest podobna, z tą różnicą, że bohaterów jest dwóch, żółtodziób z CIA - Ryan Reynolds - i stary wyga, eks-agent - Denzel Washington. I podobnie obydwaj stają się pionkami w skomplikowanej wewnętrznej grze pomiędzy szpiegami CIA. Może trochę się zagalopowałem. Intryga nie jest wybitnie skomplikowana sama w sobie, ale na tyle, by dać pretekst do niekończących się scen akcji, i jako taka spełnia swoją rolę fachowo. A akcji mamy tutaj co niemiara. Kilometrowe pościgi, strzelaniny na stadionach, tłumy statystów i znowu biegną, i strzelają, i biją się. Wszystko zrealizowane doskonale, ale dużo tego. 5-10 minut mniej z czystej akcji, nie zrobiłoby filmowi źle. Śmiało, przy kolejnym pościgu można sobie zrobić herbaty. Czasami rozmach działa na napięcie gorzej niż kameralna duchota. Ale mimo tego Safe House dostarcza bardzo solidnej rozrywki, no i ma jeden niezaprzeczalny atut - Denzela Washingtona, czyli najbardziej rzewnego z żelaznych twardzieli, który kradnie cały film, bezwzględnie wykorzystując swoją monstrualną charyzmę.

Obydwa filmy powinny spełnić swoje zadanie i dostarczyć porcję solidnej filmowej rozrywki. Każde na swój, nieco inny sposób. Safe House nasyci rządnych emocji trochę bardziej w stylu McDonald’sa, a Ścigana jest jak ta nowa knajpka całkiem niedaleko, w której jeszcze nie byłeś. Smacznego!

Ścigana, reż. S. Sodebergh, USA, Irlandia 2011

można

Safe House, reż. D. Espinosa, USA, RPA 2012

można

wtorek, 19 czerwca 2012

“Łowcy Głów”, czyli z głową

Z rzadka czytam kryminały, ot tak. Bez powodu, i bez uprzedzeń. Czytałem „Millenium” Stiega Larssona, i to jest mój punkt odniesienia, gdy słyszę hasło „kryminał skandynawski”. Zachęcające odniesienie. Jo Nesbo nie czytałem, ale reputację autor ma zacną. Skandynawowie swoje kryminały ekranizować potrafią. Na ulotkach promocyjnych zachwyty, zwiastun wygląda apetycznie. Na papierze „Łowcy Głów” przedstawiają się z imponującą wręcz reputacją. A podobno reputacja jest w życiu najważniejsza…

Łowcy Głów” to interesujący przypadek. Z łatwością mogę sobie wyobrazić, że ten film wciąga od pierwszej do ostatniej sceny i trzyma w
kleszczach napięcia mocno. Tylko, że film, który obejrzałem był jak przejażdżka rollercoasterem bez zapiętych pasów. Po wypadnięciu z wagonika przy okazji pierwszego zakrętu kończy się cała zabawa. Wagoniki jadą sobie dalej. Wirują w beczkach, świdrach i innych wygibasach, ale już bez nas.

Łowcy Głów” mają misterną intrygę, w której wszystko się zgadza. Ale tylko teoretycznie. W praktyce opowieść szybko wyprowadza z przeświadczenia o swojej wewnętrznej logice, a ton przejmuje niezrozumiała melodramatyczna pretensja. We wstępie dowiadujemy się, że włamanie w celu skradzenia dzieła sztuki (tym hobbystycznie zajmuje się główny bohater) winno trwać nie dłużej niż 10 minut. Chwilę później obserwujemy bohatera, który w trakcie włamania, z tykającym zegarem w tle, w pełni napięcia, już z drogocennym obrazem … zamiera przed oknem. Ściąga maskę i wpatruje się maślanym wzrokiem w bawiące się beztrosko, na norweskim chodniku, dzieci. Wpatruje się i rozmyśla, bo wcześniej pokłócił się z żoną, którą kocha, ale i zdradza, no i nie czuje się gotów, by mieć z nią dzieci. I stoi i patrzy. I stoi i patrzy. I wreszcie powraca do pomysłu wyjściowego – uciekać z miejsca przestępstwa, ale nie… Te dzieciaczki, tak się bawią, a w tle taka rzewna muzyka. Wyciąga telefon z kieszeni. Nabiera numer do… żony. Do żony, bo ckliwością nagłą obezwładniony musi się z nią skontaktować. Oczekuje na połączenie, aż tu nagle… Telefon żony dzwoni w pokoju obok! Co za zbieg okoliczności! Czy to możliwe, że żona głównego bohatera zdradza go z mężczyzną, którego ten właśnie okrada? Takie rzeczy tylko w Norwegii, i tylko dla widzów o stalowych nerwach i wyrozumiałości z kauczuku. Takie sceny skutecznie rozrywają na strzępy misternie obmyśloną intrygę i skutecznie odbierają jej wiarygodność. Do tego zamiast robić skandynawskie kino, autorzy próbują udawać Hollywood. Norweski rolnik, który stoi na ganku z dubeltówką pod pachą. Teksańska estetyka, której kwintesencją jest absurdalna postać czarnego charakteru (Nikolaj Coster-Waldau, jako eks-komandos) dodaje całości nieznośnego posmaku. Nie wiadomo czy śmiać się, drzeć szaty, czy po prostu wyjść z kina.

Na tych, którzy dotrwają do końca, czeka wątpliwa nagroda w postaci refleksji, że najważniejsza jest reputacja, a brak potomstwa stoi na drodze do szczęścia, nawet kochającej się pary. No i zawsze można sobie wyobrazić, że na papierze, tj. jako scenariusz film ten zapowiadać mógł się naprawdę nieźle, ale kilka kompletnie nietrafionych decyzji obsadowych, bezsensowne podkręcenie drewnianego melodramatyzmu sprawiło, że „Łowcy Głów” z siodła wysadzają przy pierwszym zwrocie akcji.

oj, lepiej nie

Łowcy Głów, reż. M. Tyldum, Norwegia, Dania, Rosja, W. Brytania, 2011

piątek, 15 czerwca 2012

"Mroczne Cienie", czyli o wampira tępych kłach


Jak udowadnia popkultura nie wszystkie wampiry muszą mieć kły, ale jeśli już mają niech będą przynajmniej ostre. Wampiry niezmiennie są na fali. Wiadomo, "what is dead may never die", ale ryzyko jest coraz poważniejsze, że kiepska opowieść wampirza może spowodować nudę nieśmiertelną.

Mroczne Cienie to odgrzany pomysł serialowy sprzed ponad czterdziestu lat. Czy skutecznie nie wiem, bo nie było mnie jeszcze wtedy na świecie. Za patelnię chwycił Tim Burton, a smaży się Johnny Deep w doborowym towarzystwie. Wszyscy znają się świetnie i można wyczuć, że przy smażeniu bawili się przednio. Nie przekłada się to jednak na jakość dania. 

Legendarna już wyobraźnia wizualna Burtona wypada jakoś blado i mało spektakularnie, mimo momentami bizantyjskiego przepychu. Historia jest głupawo poplątana, rozczarowująco błaha i opowiedziana topornie. Ratuje ją dosłownie kilka momentów, w których obserwujemy starcie XVIII wiecznego wampira z realiami lat '70. Ale to głównie żarty lingwistyczne, które nie są w stanie ponieść całości. A w tym całym misz-maszu nie wiadomo nawet ostatecznie za kim trzymać kciuki.

Mroczne Cienie, czyli rodzinna saga o rybnym imperium wskrzeszonym przez wampira o niespecjalnie ostrych kłach, z rozrywką mają tyle wspólnego co tuńczyk w puszce z rybą...

oj, lepiej nie

Mroczne Cienie, reż. T. Burton, USA 2012

Zmiany, zmiany... Zmiany?

Franek męczy się w narzuconych przez siebie łańcuchach. Niemożność odnalezienia czasu na zrealizowanie własnej formy, tzw. "recenzji wyczerpującej" zaowocowała zastojem w interesie. Zainspirowany inspirującymi remisami polskich piłkarzy zmieniam, nie tylko czcionkę. 


Tym co jeszcze zaglądają nie powinno zaszkodzić, że od teraz będzie częściej, choć krócej, za to niezmiennie szczerze i bez litości. Mam nadzieję, że nowa formuła, tzw. "recenzja mniejwyczerpująca" będzie jak... sama nazwa wskazuje. 


Najlepszego,
Franek

środa, 9 maja 2012

Gdynia Film Festival, czyli parszywa trzynastka

W konkursie głównym tegorocznego gdyńskiego festiwalu filmowego znalazło się trzynaście filmów. O jeden więcej niż w roku ubiegłym. Część filmów dopiero czeka kinowa premiera, niektórym zostało już tylko wydanie na DVD, a jeszcze inne są już dostępne w kioskach, jako dodatek do kolorowych gazet.

Nie wiem, co można ugrać "palemką" gdyńskiego festiwalu na okładce, czy plakacie. W jakim stopniu oddziałuje ona na widzów jako rekomendacja? Czy ktokolwiek bierze ją za znak jakości?

Większości filmów z parszywej trzynastki nie widziałem, ale nie mogę się nadziwić, co wśród nich robi W ciemności Agnieszki Holland? To jakby kazać sprinterowi pobiec maraton, braciom Kliczko bić się z braćmi Mroczek, a Pudzianowi tańczyć na lodzie (chyba, że coś przegapiłem...). W skrócie, pojedynek z gruntu niesprawiedliwy bez perspektyw na dobre rozwiązanie.

W ciemności osiągnął wszystko. To bezdyskusyjny sukces, dystansujący pozostałe filmy o kilka długości: nominacja do Oskara, prawie 1 200 000 widzów w polskich kinach, międzynarodowa dystrybucja. Palemka gdyńskiego festiwalu pasuje do tego zestawu jak kwiatek do kożucha. Jest zbędna i do niczego niepotrzebna. A co będziemy myśleć, jeśli W ciemności nie wygra? I tak źle i tak nie dobrze.

Parszywy wybór...

wtorek, 8 maja 2012

”Lęk wysokości”, czyli o czytaniu nekrologów


Kupowanie biletu na polski film jest jak przeglądanie nekrologów w gazecie. Większość nazwisk jest obca. Często wszystkie. Każde reprezentuje czyjąś osobistą tragedię, z których większość i tak pozostanie anonimowa. Czytaniu nekrologów towarzyszy dziwne uczucie. To rodzaj wyzwania rzuconego losowi. Odkładamy gazetę i nic się nie zmienia - znowu się udało. Tak jak czytanie nekrologów zawiera w sobie jakiś promil emocji, tak coraz mniej rozumiem co zawierają w sobie kolejne film z podgatunku, ”wybitny film polski”.

Można stwierdzić, że tzw. ”film polski” to osobna kategoria, zarówno pod kątem artystycznym jak i rozrywkowym. Jest to dzieło w najlepszym wypadku nieudolne zarówno artystycznie, jak i rozrywkowo, a efektem ubocznym jest porażka frekwencyjno-finansowa. Niezmiennie ”film polski” wzbudza zachwyt tabunu polskich recenzentów odwrotnie proporcjonalnie do zachwytu i zainteresowania widowni.

Omówię to zjawisko na przykładzie:

Poniedziałek, godzina 19.30, Lęk wysokości, reżyseria Bartosz Konopka. W sali kinowej na 200 miejsc, poza Frankiem zasiada 4 widzów (słownie czterech). Gaśnie światło. Tym razem ”film polski” rozpoczyna się od końca. Nieudolny montaż dźwięku i przestylizowane zdjęcia sugerują antycypację - oglądamy zakończenie - ojciec umarł. Gdy już dowiedzieliśmy się do czego film zmierza twórcy przedstawiają strzępy fabuły. Mamy syna-Dorociński i ojca-Stroiński. Pierwszy pracuje w TV, a drugi ma schizofrenię. Łapiecie to: ojciec-syn, schizofrenia-TV. Błyskotliwe? Będzie lepiej, bo to intelektualne połączenie twórcy filmu eksploatują na wszelkie możliwe sposoby. Ojciec wyrzuca co chwilę odbiorniki telewizyjny z okna swojego mieszkania. Cały czas ogląda telewizję i nagrywa pieczołowicie wszystkie telewizyjne wystąpienia swojego syna. Nawet uziemiony na oddziale zamkniętym w szpitalu psychiatrycznym, później i tak w jego gablotce znajdzie się nagranie z debiutu syna w roli prezentera wiadomości - magia kina, chciałoby się zakrzyknąć.
Nie dajcie się zwieść, że Lęk wysokości to film kinowy. Pretensjonalne stylizacje, przejaskrawione zdjęcia nie ukryją faktu, że talentu scenariuszowego w filmie tyle, co w telenoweli. Aktorzy starają się jak mogą, ale nie są w stanie nic ugrać, bo nie ma podstaw w postaci historii, której film Konopki jest pozbawiony całkowicie. To utwór skrajnie niezdarny dramaturgicznie. Pozbawiony jakiegokolwiek konfliktu. Zdarzenia rozgrywają się wyłącznie na zasadzie losowych zbiegów okoliczności i nie da się między nimi stworzyć logicznej sieci skutkowo-przyczynowych powiązań. 

Syn nagle, po 20 latach dostaje telefon z psychiatryka, do którego trafił jego ojciec. Jedzie nie wiadomo w jakim celu przekonany o tym, że nadzwyczajna inteligencja schizofrenika i tak da wszystkim lekarzom w kość. Ze spotkania po latach niewiele wynika. Syn nagle zaczyna się martwić losem ojca. Uznaje, że psychiatryk, to zbyt okrutne miejsce. Zabiera go z powrotem do zrujnowanego mieszkania, które jest już popisem finezji, wrażliwości i wyobraźni scenografów. Z sufitu, w formie kołysek dyndają podwieszone piloty telewizorów i inne tego typu ”pomysły” stanowiące impresję nt. wyglądu lokum klasycznego schizofrenika.

Pozostawiony sam sobie ojciec zaczyna szybko rozrabiać, więc znowu trafia do psychiatryka i tak w kółko. Syn opiekując się ojcem zawala i w pracy i zaniedbuje żonę, ale nie ma to żadnych konsekwencji. Po kolejnych wpadkach w pracy, dostaje kolejne awanse, a kolejne napady histerii jego żony sprawiają, że tamta kocha go tylko bardziej. A koniec i tak już znamy z pierwszej sceny.

Lęk wyskości to film karykaturalny. Reżyser – zdolny dokumentalista wykazuje się całkowitym brakiem fabularnego talentu. Konopka bierze się za rozliczenie z demonami własnej przeszłości, ale nie udaje mu się postawić żadnego pytania. W efekcie Lęk wysokości to dzieło niewiarygodne, nudne i pretensjonalne, któremu nie udaje się podjąć tematów, po powierzchni których się prześlizguje: choroba bliskiej osoby, starość, relacji ojciec-syn.

Lęk wysokości to film o zawartości emocjonalnej porównywalnej z nekrologiem anonimowej osoby. I tak przez półtorej godziny... Zdecydowanie odradzam,

oj, lepiej nie

Chyba, że podobały się Tobie ”Pręgi”, czy ”33 sceny z życia” - w takim przypadku pędź do kina bez ”Lęku...” póki jeszcze grany jest.

Lęk wyskości, reż. Bartosz Konopka, Polska 2011

czwartek, 22 marca 2012

Zawód: PRODUCENT

Producent filmowy, to zawód, który w raz z upadkiem komuny i nastaniem wolnego rynku przeszedł rewolucję. Otóż nagle okazało się, że do produkowania filmów kluczową stanie się umiejętność pozyskiwania na nie funduszy, czyt. pieniędzy z perspektywą jak największego zwrotu (ewentualny brak zwrotu można zrekompensować sobie w trakcie produkcji, ale o tym ciiiii...). I tak się jakoś utarło, że producenci to ludzie nie tyle z cienia, ale konsekwentnie w cieniu pozostający, gdzieś z tylnego siedzenia sterujący procesem filmu powstawania, a być może tylko go umożliwiającym... Wszystko do czasu...


Lew R. to pierwszy polski producent, który z hukiem z cienia wyszedł. Jego gwiazda zabłysnęła na chwilę, ale za to z siłą kilku słońc. Gdy nastało jego przysłowiowe "5 minut" przemknął przez rodzimy firmament niczym kometa, której ogon do dziś rozpala  wyobraźnię kolejnych pokoleń producentów...


Tak jak Lew R. zasłynął tym, że za kraty trafił, tak Jacek Samojłowicz, producent głośnego Kac Wawapodąża tą samą drogą z tą różnicą, że za kraty pragnie wsadzać innych. Padło na krytyka Raczka. O co dokładnie chodzi, możecie usłyszeć z ust samego pana Jacka, który pięknie i elokwentnie tłumaczy się ze swoich pobudek u Lisa. Przy okazji będziecie mieli możliwość zapoznania się z ogólną refleksją pana Samojłowicza na temat misji i etosu producenckiego ("ja tylko daję kasę"). O tutaj:


Podobno, gdy Lew R. oglądał program Lisa, to rozłożył szeroko ręce, westchnął głęboko i kręcąc wolno głową rzekł: "ech, do czego to doszło..."


środa, 21 marca 2012

Orły, sokoły, czyli o róży w ciemnościach

Orły, to Polskie Nagrody Filmowe, na modłę zamorską przyznawane przez członków Polskiej Akademii Filmowej. Jak to w naturze nagród leży, zostały właśnie przyznane/rozdane Orły 2012. Jak każde nagrody, Orły mają swoją wewnętrzną logikę i dynamikę. Czy Polski Orzeł filmowy szybuje gdzieś wysoko w przestworzach, czy pikuje w dół szorując podbrzuszem po leśnej ściółce - musicie ocenić sami. Ja po prostu tegorocznych Orłów nie rozumiem. O zaszczytny tytuł "Najlepszy Film" biją się trzy dzieła: Róża, W Ciemności, Sala Samobójców. Nominacje mówią wiele o poziomie. A ja, który każdy z tych filmów widziałem, próbuję zrozumieć dlaczego z pojedynku zwycięsko wychodzi  Róża? Odstawiam na bok swoją opinię o filmie Smarzowskiego i zastanawiam się dlaczego W Ciemności nie zyskało uznania Polskiej Akademii Filmowej.

Do refleksji - Róża vs. W Ciemności:

Podobny temat. Obydwa filmy opowiadają o dramacie jednostek w obliczu okrutności wojny. Obydwa próbują odtworzyć światy, które nie istnieją, także w warstwie językowej. Różę zobaczyło w polskich kinach 373 660 widzów i nie ma na koncie żadnego sukcesu na międzynarodowym A-klasowym festiwalu filmów. Nie wiadomo także, by gdziekolwiek film miał wejść do szerokiej międzynarodowej dystrybucji. W Ciemności zobaczyło 1 157 634 widzów, film zdobył m. in. nominację do Oscara w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny i ma międzynarodowego dystrybutora - Sony Picture Classics.

Podsumowując, najlepszym filmem, w oczach Polskiej Akademii Filmowej z dwóch o tej samej tematyce i podobnie dobrze przyjętych przez krytykę Orłem odznaczony został ten o prawie czterokrotnie mniejszej widowni krajowej, i bez jakichkolwiek istotnych sukcesów międzynarodowych. Ciekawe? Zadziwiające? Logiczne?

A jeśli ktoś się zastanawia dlaczego w swoim zdziwieniu w zasadzie przemilczałem Salę Samobójców, to zapraszam tutaj:


Z pozdrowieniami,
fk

piątek, 9 marca 2012

Franek przerywa milczenie, czyli o krytyki sensie

Franek zamilkł był na czas jakiś. Sam się zastanawiam jaki wpływ na fakt ów miał bolesny seans Smarzowskiego filmu ostatniego. Pokłuty przez Różę, długo dochodził do siebie mimo niezachwianej wiary w sens swojego votum separatum. W tak zwanym międzyczasie wydarzyło się wiele. Nie tylko filmów, ale i na przykład Oscary, które są świetnym pretekstem do pisania o filmach (przez Franka niewykorzystanym). Będę nadrabiał zaległości.

Tymczasem, spróbujmy oddać się głębszej refleksji. Zatrzymajmy się na chwilę i spróbujmy wspiąć się na metapoziom. Sięgając ku istocie wszechrzeczy, zastanówmy się jaki jest sens tego wszystkiego? Ze swojej zawężonej optyki krytycznego krytyka filmowego pisząc wszystkiego, mam na myśli - recenzencko-filmowego.

Z zupełnie nieoczekiwanej strony pojawia się odpowiedź na wszelkie wątpliwości. Niczym intelektualny taran, z gracją walca drogowego wytacza się błyskotliwa jak sześcio kilowatowa lampa, bardziej nieustępliwa niż blok betonu, w swych sądach nieprzejednana niczym pojednanie polsko-niemieckie twórczyni, artystka, reżyserka, filmoznawczyni, filozof kultury, znawczyni prawideł erystyki. Proszę państwa, Barbara Białowąs:


Dzisiejszy dzień rozpoczął się dla mnie od seansu, który odtwarzał zarejestrowaną za pomocą sprzętu audiowizualnego, wartką niczym górski potok dyskusję, między wspomnianą powyżej BB, a niejakim Michałem Walkiewiczem (członek zespołu filmweb). Rozmowa ta, w której argumenty padają z siłą i energią młota pneumatycznego sprawi, że nic już nie będzie dla Was takie samo, a Ci którzy posiadają jeszcze resztki wiary w polskie kino utracą je bezpowrotnie.

Dla odważnych linki:
cz. I
cz. II

środa, 8 lutego 2012

"Róża", czyli nie głaszczmy się


W kinach Róża – najnowszy film reżysera serialowego Wojtka Smarzowskiego (Na Wspólnej, Brzydula, Londyńczycy 2). Podobno też najbardziej wyczekiwany. Przez aklamację uznany za dzieło wybitne, w momencie w którym okazało się, że to właśnie Smarzowski będzie reżyserował. Wszak w kraju nad Wisłą „wybitność” otrzymuje się z nadania, dożywotnio, bez odwołań i w trybie niejawnym. Wojtek Smarzowski reżyserem wybitnym jest, odkąd nakręcił dobre Wesele. Fakt, że na co dzień zajmuje się sztuką, której wybitność jest sprawą dyskusyjną (wspomniane seriale) nie ma na to najmniejszego wpływu. Pan Wojtek na co dzień może klepać telenowele, ale gdy tylko jego film puszczany jest w kinie, staje się filmem wybitnym. Z nadania.

Dom Zły – film prostacki, prymitywny i źle opowiedziany (bezsensowne wprowadzenie kilku płaszczyzn czasowych) zapoczątkował akcję zagłaskiwania pana Wojtka. Recenzenci przyznawali gwiazdki bez opamiętania porównując do Fargo braci Coen. Różnica jak między piciem w Szczawnicy, a szczaniem w piwnicy. Pan Wojtek poczuł się dobrze w swoim artystowskim bunkrze i robi filmy, odpowiadające hasłu: „patrzcie, jacy potrafimy być ohydni”. Wiadomo od ohydy do wybitności tylko krok. Wszyscy zachwyceni! Jakież to ohydne! Jakież paskudne! Jakież wstrętne! Dokładnie ten trop, odtwarza Róża. To kolejna odsłona bezrefleksyjnego studium ludzkiej ohydy. Tautologiczny schemat, w którym po paskudnym świecie harcują paskudne osobniki, uprzykrzając skutecznie życie nielicznym porządnym.

Jako reżyser serialowy pan Wojtek ma bardzo duże doświadczenie w pracy nad cudzym tekstem. Tym razem autorem scenariusza jest niejaki Michał Szczerbic. Człowiek, który wcześniej swój talent scenariopisarski objawił jako autor jednej z najbardziej spektakularnych katastrof rodzimej kinematografii, czyli adaptacji Wiedźmina, zarówno w wersji serialowej jak i filmowej. To on, jako producent, stał za tym by trudny film fantasy o budżecie przeszło 18 mln PLN wyreżyserował debiutant –Marek Brodzki, wieczny II reżyser. O efekcie finalnym, każdy kto widział, próbuje zapomnieć.

Kooperacja Szczerbica ze Smarzowskim zaowocowała jednym z najbardziej nieudolnych filmów jakie widziałem. Najmniej obrywa się aktorom, którzy naprawdę się starają. Grają z przejęciem, ale co z tego? Nec Hercules… jeśli nie ma scenariusza. Historia jest dziurawa i pozbawiona logiki, a intryga toporna. Nie mówię tutaj o tle historycznym, tutaj aż zbyt wiele uwagi poświęconej jest deklaratywnemu wykładaniu historycznej specyfiki czasów, głównie za pomocą okrutnie źle napisanych scen dialogowych. Rzecz rozsypuje się w najprostszych wymiarach: bohaterowie nie mają żadnych motywacji. Zachowują się nielogicznie i niezrozumiale. Fatalnie wypadają wszelkie sceny akcji – bójki, wybuchy, efekty specjalne – wszystko na poziomie gimnazjalnego kółka filmowego. Nie przekonuje warstwa estetyczna. Zdjęcia Piotra Sobocińskiego jr są przestylizowane i niespójne. Nie pomaga fatalna charakteryzacja (przyklejane brody, silikonowe nosy). Źle i nieprzekonywująco wypada kwestia języków, którymi posługują się bohaterowie w wieloetnicznym świecie (pan Wojtek mógłby wiele nauczyć się od Agnieszki Holland). Nie ma puenty. To kolejna odsłona tej samej historii. Niestety coraz wyraźniej zaczyna to przypominać osobistą odtrutkę Smarzowskiego na lukrowany świat, który na co dzień tworzy Na Wspólnej.

Ciekawe czy Różę tak chętnie by głaskano, gdyby miała jakieś kolce?

oj, lepiej nie

Róża, reż. W. Smarzowski, Polska 2011

sobota, 21 stycznia 2012

"Musimy porozmawiać o Kevinie", czyli czy warto rozmawiać?


Rozmawiać warto. To generalna zasada. Na rozmowę składają się dwa elementy: mówienia i słuchania. W kółko i na zmianę. Wbrew temu, co sugeruje, na przykład telewizja, warto rozmawiać, a przyroda odnotowała przypadki rozmów, w których, za pomocą owego specyficznego ruchu kolistego, podmioty rozmowy, czyli rozmówcy posuwają się do przodu. Pamiętać trzeba o kilku podstawowych zasadach. Dla higieny i dla efektu. W skrócie: słuchać uważnie, mówić rozsądnie i przede wszystkim stawiać właściwe pytanie. Dobrze postawione pytanie jest jak w samochodzie pełen bak 98-oktanowego paliwa. Pozwala wybrać się w podróż i zajechać dalej niż zwykle. Film jest jak rozmowa. Autorzy mówią, a widz słucha i zwykle jest tak, że im ciekawiej postawione pytanie, tym lepiej się słucha. Tym razem pada propozycja dosyć kategoryczna: Musimy porozmawiać o Kevinie. Na pewno, musimy?

Rozpoczyna się krwiście i soczyście zarazem. Intensywna czerwień atakuje z ekranu. Jakieś postaci taplają się w pomidorowej breji. Wśród nich Tilda Swinton. Chwilę później przeskok czasowy. Swinton wyraźnie starsza. Umęczona, z podkrążonymi oczyma. Znowu czerwień. Jest coś niepokojącego w tych obrazach, które drażnią poczucie estetyki i działają na zmysły. Sceny płyną niespiesznie. Akcja dzieje się na trzech płaszczyznach czasowych. Mamy urywki z beztroskiej młodości Swinton, początki jej małżeństwa i wychowywanie dziecka, wreszcie Swinton „teraz” – tak jakby jej całe życie legło w gruzach. Bardzo długo z tej układanki nie wyłania się wyraźna fabularna nić. Twórcy zaciągają solidny kredyt na ekspozycję. Odsetki rosną z każdą minutą, z każdą sceną, z każdą sekwencją. Oczekujemy bomby. Lont już płonie, i płonie, i płonie… Niespieszność coraz niebezpieczniej wkracza w rejony nudy. Lont się wypala… I nic. Dochodzi godzina i już wiadomo, dokąd ta cała opowieść zmierza: Kevin jest dzieckiem złym. Tak po prostu, z natury. A jego matka (Swinton) stara się, jak może, ale trudna jest miłość do potwora. I tak jeszcze przez drugą godzinę... Kevin dorasta. Jest zbuntowany, dwulicowy, brutalny, introwertyczny. Coraz bardziej wymyka się spod kontroli. Wiemy, że będzie sprawcą jakiejś tragedii i z każdą kolejną sceną interesuje nas to mniej. Nie ma znaczenia, czy Kevin wyciągnie nóż, czy karabin, użyje dynamitu czy żrącego kwasu. Początkowe artystyczne pytanie przeradza się w nudny wykład, a autorzy skupiają się wyłącznie na domknięciu początkowej hipotezy: czasami nie da się wytłumaczyć skąd się bierze zło, zwłaszcza takie, które przekracza granice wyobraźni wziętej w ramy zdrowego rozsądku.

Musimy porozmawiać o Kevinie to film, na który został zaciągnięty artystyczny kredyt bez pokrycia. Przekonywująca i przejmująca Tilda Swinton w ciągłej impresji na temat Lady Makbet, nie tylko nie jest w stanie zmyć krwi ze swoich rąk ale i udźwignąć na swoich barkach naiwnej historii, która zamiast wciskać w fotel swoją drastycznością przeradza się w groteskową farsę. Szkoda, że film tak powierzchownie eksploruje to, za co jest paradoksalnie najbardziej przez krytykę chwalony, czyli problem z tzw. „instynktem macierzyńskim”. Nielinearna narracja przez pewien czas skutecznie ukrywa fakt, że autorzy eksplorują wyłącznie oczywiste aspekty relacji matki z trudnym dzieckiem. Irytują toporne środki, za pomocą których autorzy budują postać Kevina jako wcielonego demona. Zwłaszcza, gdy kilkulatkowi przypisuje się złożone i wielopoziomowe intencje. Zupełnie, jakby ktoś spróbował zrobić Dziecko Rosemary II. Ale ani to śmieszne, ani straszne. Dobre aktorstwo stanowi przykrywkę, dla słabej opowieści. W tym przypadku duże rozczarowanie. Tylko dla rozsmakowanych w estetyce Emo.

oj, lepiej nie