Nie ma jednego, pewnego sposobu na uzyskanie najpełniejszego
doświadczenia filmowego. Zanim przystąpimy do oglądania, można o filmie
wiedzieć cokolwiek, bądź nie wiedzieć nic, no i jest jeszcze całe spektrum sytuacji
pośrednich. Każda z opcji ma swoje wady i zalety. Bywa, że wiedząc cokolwiek o
filmie, psujemy sobie nieświadomie zabawę, pozbawiamy się radości płynącej z
tajemnicy, którą życzliwy recenzent był łaskaw zdradzić. A niewiedza, to jak
skok na główkę do zamulonej wody. Emocje są, ale taka zabawa może się źle
skończyć.
Przygoda z Sucker Punch była dla mnie jak skok z niedużej wysokości, ale na wyjątkową
płyciznę. Głowa boli wciąż. Boli też szyja i ten ból to jedyne co powstrzymuje
przed kręceniem nią z niedowierzaniem. Jeśli chcesz się przestrzec i oszczędzić
sobie tytułowego „frajerskiego ciosu”, to…
Na wstępie pozwól, drogi Czytelniku, że się wytłumaczę jak
do tego wszystkiego doszło. Sucker Punch obejrzałem w wyniku procesu, nazwijmy go umownie “ciekawość”,
powstałego na styku wiedzy z niewiedzą. Wiedziałem tyle, że film zrobił Zack Snyder, co zwiastowało
konkretną stylistykę. Wiedziałem też, że wystąpił w filmie Don Draper Jon Hamm, no i że generalnie
fabuła opowiada o dziewczynce zamkniętej w zakładzie dla obłąkanych, która z
trudną rzeczywistością radzi sobie, przenosząc się w krainę wyobraźni. Całej
reszty nie wiedziałem, ale powyższe wystarczyło, by mnie zaciekawić. Dramat
psychologiczny w stylistyce 300? Czemu nie…
Rozczarowanie nadchodzi szybko. Od pierwszej sekwencji. I
jest jak cios. Frajerski cios. Kolejna scena i bach! Następna sekwencja i bum!
I trach! I trzask! I łup! I tak aż do ostatniej klatki, kiedy to nadchodzi cios
kończący. Intelektualno-emocjonalno-estetczny knock-out. Jak można dać się tak
obijać? Do tej pory się zastanawiam. Dostajemy opakowaną w cyfrowe tła,
zrobioną w estetyce teledysku zupełnie bezsensowną historyjkę, która jest
niczym więcej jak pretekstem do kolejnych sekwencji zupełnie absurdalnych
bijatyk (kolejno: potyczka ze świetlnymi techno-samurajami, bitwa z napędzanymi
parą zombie-nazistami, atak na zamek zamieszkany przez smoka chronionego przez
hordę goblinów, próba rozbrojenia bomby w pociągu pełnym cyber-strażników).
Wszystko jeszcze w nieznośnym pedofilsko-lolitkowym sosie (wystarczy
przytoczyć, że główne bohaterka nazywa się Baby Doll, a pomagają
jej między innymi Sweet Pea oraz Blondie). Gdy rozebrać (tej
granicy bohaterki niestety nie przekraczają) narrację na czynniki
pierwsze okazuje się, że akcja rozgrywa się na trzech poziomach, z których każdy
ma tak samo niewiele sensu.
Sucker Punch to klasyczny
przykład przerostu formy nad treścią. Forma balansuje gdzieś pomiędzy grą wideo
a teledyskiem. Treść zaś oscyluje wokół dodatku motywacyjnego dla nastoletnich
czytelniczek Bravo Girl, a soft-erotyku dla ich dojrzewających
starszych braci.
Kwintesencja tego filmu zawiera się w tytule, to cios
frajera. Do tej pory nie wiem, kto jest większym? Ten kto cios wymierzył, czy
ten który oberwał?
oj, lepiej nie
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz