Rozmawiać warto. To generalna zasada. Na rozmowę składają
się dwa elementy: mówienia i słuchania. W kółko i na zmianę. Wbrew temu, co
sugeruje, na przykład telewizja, warto rozmawiać, a przyroda odnotowała
przypadki rozmów, w których, za pomocą owego specyficznego ruchu kolistego,
podmioty rozmowy, czyli rozmówcy posuwają się do przodu. Pamiętać trzeba o
kilku podstawowych zasadach. Dla higieny i dla efektu. W skrócie: słuchać
uważnie, mówić rozsądnie i przede wszystkim stawiać właściwe pytanie. Dobrze
postawione pytanie jest jak w samochodzie pełen bak 98-oktanowego paliwa.
Pozwala wybrać się w podróż i zajechać dalej niż zwykle. Film jest jak rozmowa.
Autorzy mówią, a widz słucha i zwykle jest tak, że im ciekawiej postawione
pytanie, tym lepiej się słucha. Tym razem pada propozycja dosyć kategoryczna: Musimy porozmawiać o Kevinie.
Na pewno, musimy?
Rozpoczyna się krwiście i soczyście zarazem. Intensywna
czerwień atakuje z ekranu. Jakieś postaci taplają się w pomidorowej breji. Wśród
nich Tilda Swinton. Chwilę
później przeskok czasowy. Swinton
wyraźnie starsza. Umęczona, z podkrążonymi oczyma. Znowu czerwień. Jest coś
niepokojącego w tych obrazach, które drażnią poczucie estetyki i działają na
zmysły. Sceny płyną niespiesznie. Akcja dzieje się na trzech płaszczyznach
czasowych. Mamy urywki z beztroskiej młodości Swinton, początki jej małżeństwa
i wychowywanie dziecka, wreszcie Swinton
„teraz” – tak jakby jej całe życie legło w gruzach. Bardzo długo z tej
układanki nie wyłania się wyraźna fabularna nić. Twórcy zaciągają solidny
kredyt na ekspozycję. Odsetki rosną z każdą minutą, z każdą sceną, z każdą
sekwencją. Oczekujemy bomby. Lont już płonie, i płonie, i płonie… Niespieszność
coraz niebezpieczniej wkracza w rejony nudy. Lont się wypala… I nic. Dochodzi
godzina i już wiadomo, dokąd ta cała opowieść zmierza: Kevin jest dzieckiem
złym. Tak po prostu, z natury. A jego matka (Swinton) stara się, jak może,
ale trudna jest miłość do potwora. I tak jeszcze przez drugą godzinę... Kevin
dorasta. Jest zbuntowany, dwulicowy, brutalny, introwertyczny. Coraz bardziej
wymyka się spod kontroli. Wiemy, że będzie sprawcą jakiejś tragedii i z każdą
kolejną sceną interesuje nas to mniej. Nie ma znaczenia, czy Kevin wyciągnie
nóż, czy karabin, użyje dynamitu czy żrącego kwasu. Początkowe artystyczne
pytanie przeradza się w nudny wykład, a autorzy skupiają się wyłącznie na
domknięciu początkowej hipotezy: czasami nie da się wytłumaczyć skąd się bierze
zło, zwłaszcza takie, które przekracza granice wyobraźni wziętej w ramy
zdrowego rozsądku.
Musimy porozmawiać o Kevinie to film, na który został zaciągnięty artystyczny kredyt bez
pokrycia. Przekonywująca i przejmująca Tilda Swinton w ciągłej impresji
na temat Lady Makbet, nie tylko nie jest w stanie zmyć krwi ze swoich rąk ale i
udźwignąć na swoich barkach naiwnej historii, która zamiast wciskać w fotel
swoją drastycznością przeradza się w groteskową farsę. Szkoda, że film tak
powierzchownie eksploruje to, za co jest paradoksalnie najbardziej przez
krytykę chwalony, czyli problem z tzw. „instynktem macierzyńskim”. Nielinearna
narracja przez pewien czas skutecznie ukrywa fakt, że autorzy eksplorują
wyłącznie oczywiste aspekty relacji matki z trudnym dzieckiem. Irytują toporne
środki, za pomocą których autorzy budują postać Kevina jako wcielonego demona.
Zwłaszcza, gdy kilkulatkowi przypisuje się złożone i wielopoziomowe intencje. Zupełnie,
jakby ktoś spróbował zrobić Dziecko Rosemary II. Ale ani to śmieszne,
ani straszne. Dobre aktorstwo stanowi przykrywkę, dla słabej opowieści. W tym
przypadku duże rozczarowanie. Tylko dla rozsmakowanych w estetyce Emo.
oj, lepiej nie
Musimy porozmawiać o Kevinie,
reż. L. Ramsay, UK, USA 2011
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz