![]() |
pow. tzw. "nowa polska szkoła plakatu" |
Polska komedia romantyczna to osobny gatunek kina. Rzecz
absolutnie hermetyczna, istniejąca tylko i wyłącznie w promieniu kilkuset
kilometrów od koryta Wisły. Przygotowana zwyczajowo przez bandę
nieutalentowanych cyników dla widza, który ma problem z jednoczesnym czytaniem
napisów i spożywaniem pop-cornu. To forma rozrywki, która nie śmieszy.
Dostarcza jedynie pretekstu do rechotu. Wiadomo, jak jest: tu dupa, tam kawałek
cycka, ktoś się wypier*oli, czasem wyje*ie… No, generalnie fajnie jest. Można
zarżeć, zarechotać. Multipleksy wciąż intensywnie zapraszają na – Wyjazd
integracyjny. Mniej intensywnie czynią to aktorzy, którzy użyczyli
swoich facjat do promowania tegoż przedsięwzięcia. Za to Ci, którym srebrny
ekran umożliwił bilokację i występują jednocześnie w Listach do
M. na tę – polską komedię romantyczną z dopiskiem „bożonarodzeniowa”
zapraszają bez żenady. Czy List do M. to
kolejny (słaby) powód do rżenia, czy też po prostu przyzwoity film? A może to
wyłącznie efekt tzw. „magii świąt”? Jeśli chcesz wiedzieć czy Franek uśmiechał
się na Listach… wiesz
co robić.
To nie będzie recenzja porównawcza. Wyjazd
integracyjny odpuściłem. Plakaty, zwiastuny, wszystko odrzucało i
odrzuca. Wspominam jednak o tym filmie, bo razem z Listami…
tworzą ciekawe zjawisko w rodzimej kinematografii. To dwie box-office’owe bomby
odpalone w niedalekim odstępie. I co z tego wynika? Choćby to, że Polacy nie
czytają recenzji. A nawet jeśli czytają, to mają je w… to znaczy one (recenzje)
nie mają wielkiego wpływu na dobór repertuaru. Dawno nie widziałem takiego
zmasowanego, brutalnego ataku polskiego recenzenta na polski film. – Wyjazd…
został zglanowany niczym wszechpolak przez niemieckiego lewaka na Krakowskim… I
co? I rekord otwarcia! I to bez 3D. Za to swojsko i przaśnie, z tyłkiem na
wierzchu. Chwilę później premiera Listów…,
kolorowych, eleganckich, zachodnich takich… Zachwyt recenzentów, głównie
sprowadzający się do tego, że powstał film „bez obciachu”. I co? I kolejny
rekord otwarcia…
Na listach widownia nie rży, nie rechocze. Czasem słychać
śmiech. Często trochę niepewny. Nie ma uczucia zażenowania. Ale z pewnością nie
ma mowy o pasjonującej rozrywce. O wzruszeniu. To film konfekcjonowany.
Soczyście kolorowy. Folia, w którą został opakowany szeleści i błyszczy.
Wystarczy zdecydowany ruch ręką, by rozerwać opakowanie i okazuje się, że nie
ma nic w środku. Listy… to
oszustwo. Ochoczo porównywane do To tylko miłość mają z
brytyjskim filmem tyle wspólnego co Ekstraklasa z Premiership. Niesmacznie
balansując na granicy plagiatu, Listy… są
filmem doskonale odtwórczym. Wszystkie pomysły z brytyjskiego pierwowzoru
nabierają jednak karykaturalnego charakteru. Nakręcona w estetyce „glamour”
rodem z Twojego Stylu wielowątkowa
opowieść jest w rzeczywistości nachalnym zbiorem przypowiastek, które nie
tworzą razem wartości dodanej. Poza tym są płytkie i oparte na wymyślonych
figurach. Świat Listów… to
świat, który istnieje wyłącznie w fantazji twórców. To już nie jest
podkolorowanie, upiększenie, ubarwienie rzeczywistości. To jaskrawe kłamstwo, w
które nie sposób uwierzyć. Jeśli dodać do tego brak talentu autorów, efektem
ubocznym wielowątkowości jest nieznośny przypadek, który co rusz pomaga scenarzystom
wybrnąć z zagmatwania. To zabieg tyleż irytujący, co skutecznie likwidujący
jakikolwiek suspens. Nawet nie ma co próbować martwić się losem bohaterów, bo
wszystko przecież musi doprowadzić do potwierdzenia tezy. A teza jest prosta: „święta
to czas magiczny i doskonały na zmiany na lepsze i na miłość, oczywiście”. W
wielowątkowości co rusz pojawiają się kolejne mniej lub bardziej komiksowe
postaci, ze swoimi mniej lub zwykle bardziej wydumanymi jednowymiarowymi
problemami. Wszystko obsadzone z najprostszego klucza: Karolak gra Karolaka, tyle że
w stroju świętego Mikołaja. Gąsiorowska
gra Gąsiorowską,
tylko w stroju śnieżynki. Adamczyk
Adamczyka itd.
Proste? Proste. Lubisz Karolaka – polubisz
jego postać. Irytuje cię Gąsiorowska
– zirytuje cię jej postać. Masz dosyć Adamczyka – będziesz miał
dosyć jego postaci. Wynika z tego nie mniej ni więcej niż z wywiadu w Dzień Dobry TVN.
Tylko, że inaczej się nazywa. Tu – filmem. I nikomu nie przeszkadza, że
niektóre wątki się nie puentują, urywają. Że historia nie ma konfliktu, że w
bohaterów się nie wierzy, że nie chodzi o nic więcej, jak o kilka pustych
frazesów. Co z tego, że doświadczenie wizualne jest zbliżone do tego z filmów
amerykańskich? Listy… to nie
jest biedny krewny. Nosi markowe ciuchy i jeździ wypasioną furą. Ma okulary w
rogowych oprawkach od modnego projektanta i fryzurę za kilka stów. Jest może nuworyszem,
ale to samo w sobie nie powinno go dyskwalifikować. To po prostu krewny, który
nie ma nic do powiedzenia. Jest cholernym nudziarzem. Uzbrojonym w banał i
oczywistość. Historie, które opowiada dobrze znamy. Słyszeliśmy je wszystkie
dziesiątki razy, za każdym razem zresztą, lepiej opowiedziane.
Zanim się obejrzymy będzie piłkarskie Euro. Mecz otwarcia.
Stadion klasy europejskiej. Prezentacja drużyn. Po jedenastu zawodników w
każdej. Jedni w strojach biało-czerwonych z… emblematem na piersi, przeciwnicy
w odróżniających się barwach. Przed pierwszym gwizdkiem obydwie drużyny
prezentują się niemal tak samo. To boisko pokaże kto jest patałachem. A potem
już tylko mecz ostatniej szansy i mecz o honor… Nie ma punktów za odwagę. Można
gremialnie odśpiewać: „nic się nie stało”. I za jakiś czas zasiąść przed
telewizorem, na stadionie. Trzymając mocno kciuki, ubranym w coraz bardziej
obszarpany szalik z napisem: „nadzieja”. Nadzieją nie wygrywa się jednak meczów…
Jest jakieś dramatyczne podobieństwo między polskim widzem, a kibicem.
Listy… wystartowały w połowie listopada.
Dwie godziny w kinie, ani na trochę nie przybliżyły mnie do poczucia tzw. atmosfery
świąt. To dzieło wykastrowane ze „świątecznej magii” chyba, że magię świąt
rozumiesz jako pokłon przed bożkami konsumpcji w ich kolorowych świątyniach:
![]() |
pewnie dopiero ze śniegiem robi się prawdziwie magicznie... |
Na Listach… nie
grozi ani zadławienie popcornem ze śmiechu, ani wypieki zażenowania. Nie grozi
też niestety nic innego. W całej swej ferii kolorów to film strasznie wyblakły.
Dlatego,
oj, lepiej nie
Listy do M.,
reż. M. Okorn,
Polska 2011
Dziękuję panie Franku. Trudno mnie nabrać recenzjami z polskich filmów i już się wahałem, ale po Pana recenzji przestało mi się spieszyć z oglądnięciem tego filmu.
OdpowiedzUsuńBohdan
Chyba jest spory sens w nieczytaniu recenzji :) Ja czytam już po obejrzeniu filmu. Jakoś nie widzę tego masowego entuzajazmu krytyków, raczej odwrotnie i wcale nie żałuję nie czytałem recenzji wczesniej. Chociaż czasem są użyteczne - z ciekawości pójdę na "to tylko miłość", tak dla porównania. I chyba sprawdza się bardzo stara zasada - jak recenzja marna to znaczy, że film da się obejrzeć :) Mnie "Listy do M." podobobały się. Co z tego, że nie jest to dzieło wybitne. Poszedłem obejrzeć go dla rozrywki i w towarzystwie. I było przyjemnie! A co do "Wyjazdu integracyjnego" to święta racja, jego reklama odrzucała, bałem się pójść :)
OdpowiedzUsuńTrochę dystansu i poczucia humoru. Prowincjonalna i mało przemyślana recenzja. Film nie tyle śmieszył co napawał optymizmem i wprowadzał w ciekawy świąteczny bożonarodzeniowy klimat. A może autor nigdy go nie przeżywał?
OdpowiedzUsuńSpieszę donieść, że z prowincji zdecydowanie za daleko do Arkadii. Do tego, jak powszechnie wiadomo, św. Mikołaj na prowincję nigdy trafić nie może. Nie pozostaje nic innego jak pogratulować dystansu i poczucia humoru i życzyć wesołych!
OdpowiedzUsuńFilm piękny i wzruszający przez swą bajkowość i magię ulokowaną w realiach naszego współczesnego życia. Nie ma w nim podziału ma My i Oni,którego od wieków nie udaje nam się wyzbyć. Z wielką przyjemnością obejrzałam ten zupełnie nietypowy dla polskiego w większości zniechęcającego kina. Autorzy korzystają z najlepszych wzorów swojego gatunku. Nie dziwą ataki krytyków nawykłych do lekceważenia widza.
OdpowiedzUsuń...fajny ,łatwy i przyjemny.Nasi aktorzy nie zawiedli.Nie lubię polskiego kina,a tu zostałam mile zaskoczona.Przed pójściem na seans byłam w nastroju killerowskim,a po- podzieliłabym się opłatkiem nawet z Wojewódzkim:)
OdpowiedzUsuńBardzo gorzka recenzja zawiedzionego widza. Tylko nie rozumiem - czego się Pan spodziewał po tym filmie? Wysiłku intelektualnego, scenariusza, który by zajął wysokie miejsce w kolejce po Oskara?
OdpowiedzUsuńPoszłam na lekki film, który miał mnie "odmóżdżyć", zrelaksować, może trochę wzruszyć i pocieszyć. I to dokładnie dostałam. Oblane lukrem ciasto, od którego mogę przytyć, ale jest tak słodko i błogo, że kompleksami zajmę się później.
To stwierdzenie, że "Adamczyk gra Adamczyka" też nieudane. czy "W to właśnie miłość" tak nie było? Grant grał Granta, Firht Firtha, a w filmie było dużo lukru i słodkości. Posądzenie o plagiat? Mnóstwo filmów ma podobną fabułę - kilka ślicznych historii, luźno powiązanych ze sobą (choćby "Walentynki" czy "Sylwester w NY").
Recenzja okrutna, a niesłusznie, bo wśród tych wszystkich polskich "komedii" z przekleństwami, cyckami i chamskimi dowcipami, "Listy" są urocze i na "amerykańskim poziomie". Bez wstydu.
Film jest cudowny. Ma to coś, nie jest śmieszny, a zabawny. Wzrusza, przynajmniej tych, których wzruszyć się da. Ma wspaniałą atmosferę świąt, nie czuje się w nim żenady, a polscy aktorzy spisali się równie dobrze co wszyscy amerykańscy. A zarzucanie tego, że Karolak był Karolakiem jest bez sensu, bo kim on ma być.? Taki już jest w takich rolach się naljepiej sprawdza i to nie tylko w Polsce tak jest, bo przecież Grant jest zawsze Grantem, Kutcher Kutcherem, a Roberts jest Roberts. I teraz naprawdę przestaję się dziwić czemu czytam recenzje dopiero po zobaczeniu danego filmu.
OdpowiedzUsuńKolejny wpis i kolejne nieporozumienie. Spieszę wyjaśnić, że aktorstwo jest ogólnie ujmując sztuką wcielania się w postacie, którymi się na co dzień nie jest. W tym właśnie kryje się element sztuki. I tak np. wywołany Hugh Grant (poza tym, że jest Brytyjczykiem) w życiu prywatnym bywa dziwkarzem, podczas gdy w filmach WCIELA się w postaci gentlemanów o uroku wiecznych chłopców. Kreacje aktorskie w Listach... zaś pozbawione są moim zdaniem elementów aktorskiej kreacji.
OdpowiedzUsuńChciałabym jedynie zwrócić uwagę, że wcześniej wspomniany brytyjski film nosi tytuł " To właśnie miłość". W sumie niewielka różnica, ale jednak. Poza tym mimo że ogólna konwencja tych dwóch filmów jest podobna, to jednak historie są zupełnie różne. Osobiście polecam jednak obejrzeć film angielski ;)dużo lepszy.
OdpowiedzUsuńMoim zdaniem "Listy do M", lepiej niż "To właśnie miłość" oddają klimat Świąt Bożego Narodzenia. Atmosfera świąt sprzyja refleksji nad postępowaniem wobec rodziny i bliskich. Są to najbardziej rodzinne święta w roku. Dobre relacje i szacunek dla bliskich, to podstawa szczęścia. Oba filmy są podbne w kwestii muzyki, obrazu i humoru oraz zawierają wątki komedii romantycznej, ale w filmie "Listy do M" jest kilka wątków o nagłej refleksji i obudzeniu się osoby, która krzywdziła siebie i bliskich. To jest piękne i to mnie wzruszyło w tym filmie. Chciałabym żeby ludziom zdarzało się to częściej. Nie lubie komedii romantycznych a "To właśnie miłość" zanudził mnie i uznałam ten film za zwyczajnie głupawy, nie byłam w stanie oglądać do końca, po radości jaką wywołał we mnie polski film .
OdpowiedzUsuń