Pokazywanie postów oznaczonych etykietą można. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą można. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 lipca 2012

"Mroczny Rycerz Powstaje", czyli jak epicko skonkludować


Upały i filmy o superbohaterach idą z sobą w parze. Zwłaszcza w wydaniu klimatyzowanych multipleksów. Najnowszy – ostatni w wydaniu Christophera Nolana Batman rozczarowuje, ale nie znaczy to wcale, że jest złą opcją na schronienie się przed gorącem.

Trylogia zatacza koło i wraca do punktu wyjścia, czyli poziomu z 2005roku, czyli Batman - Początek. To solidne kino rozrywkowe, które nie ma wiele wspólnego z artyzmem i epickością drugiej części. Mroczny Rycerz pozostaje jedynym filmem o superbohaterze, w którym ani przez moment nie wątpiłem, że Gotham City można wskazać bez problemu na mapie świata, i który urealniając komiksową postać stworzył zupełnie nowy poziom metafory. Finałowy odcinek trylogii o Batmanie w tym kontekście rozczarowuje, bo wraca do swoich komiksowych korzeni i nie spełnia swojej głównej marketingowej zapowiedzi – nie jest konkluzją, a i z epickością radzi sobie średnio.

Jeśli oczekujecie rozwiązań ostatecznych – zawiedziecie się. Po raz kolejny okazuje się, że superbohatera zlikwidować nie jest łatwo, zwłaszcza jeśli przynosi dochody. Mroczny Rycerz Powstaje to kino rozrywkowe i jeśli w tym dokładnie miejscu ulokujecie swoje oczekiwania nie rozczarujecie się.

można

niedziela, 24 czerwca 2012

"Ścigana" vs. "Safe House", czyli jak dostać lanie od kobiety kontra showdown jak się patrzy





Kino akcji rządzi się swoimi prawami, tj. zwykle podporządkowane jest akcji. Bywa, że wyłącznie i nie ma w tym niczego złego. To, kino w którym dostajesz to, czego oczekujesz. Chyba, że nie dostajesz. W takim przypadku mowa o nieudanym kinie gatunku. Pojedynek w obrębie tej recenzji dotyczy dwóch szalenie podobnych filmów, z których jeden jest próbą odświeżenia formatu, drugi zaś zrealizowany został zgodnie z wszelkimi prawidłami rzemiosła.

Na początek świeżość. Ścigana rozpoczyna się niepozornie, ale to tylko cisza przed burzą. Znienacka następuje seria ciosów. Ekranowe uderzenia mają w sobie niespotykaną prawdę. Bolą, za każdym razem, a wyprowadza je Mallory - tajna agentka rządowa, która stała się niewygodnym elementem w wewnątrzagencyjnej intrydze i teraz jej pracodawcy chcą ją zlikwidować.
Reżyser Steven Sodebergh, który balansuje ostatnio pomiędzy eksperymentem a zagubieniem, obsadził w roli Mallory czynną zawodniczkę muai thai i gwiazdę MMA – Ginę Carano. Mallory nie stosuje chwytów rodem z Aniołków Charliego, ani nie nosi obcisłego kombinezonu Lary Croft. Ma za to w swoim repertuarze całą gamę duszeń, trzymań, dźwigni, kopnięć, podcięć. Mallory łamie kości. I robi to w sposób wiarygodny i prawdziwy. Choreografie walk są tak zrealizowane, że wreszcie “kobieta mnie bije” nabiera sensu. Bije i to jak! Ze specyficznym wdziękiem, wbrew powszechnemu modelowi przedstawiania w filmie walecznych kobiet. Sodebergh bawi się gatunkiem i tworzy specyficzne poczucie prawdy. Nie idzie na uproszczenia w stylu “zabili go i uciekł”. Mallory jest świetna w tym, co robi, ale nie jest superbohaterką. Wyplątuje się z tarapatów nie dzięki umownym super mocom, tylko wytrenowaniu i umiejętnościom. Na Mallory czyha cała plejada męskich gwiazd w świetnych epizodach: Antonio Banderas, Michael Douglas, Ewan McGregor, czy Michael Fassbender, z których większość chce ją zabić. Miło się patrzy jak Mallory ze swoim topornym wdziękiem kopie im tyłki.

W odróżnieniu od Ściganej, w Safe House nie ma miejsca na eksperymenty. Pewnie w dużej mierze dlatego, że kosztował cztery razy więcej. Intryga jest podobna, z tą różnicą, że bohaterów jest dwóch, żółtodziób z CIA - Ryan Reynolds - i stary wyga, eks-agent - Denzel Washington. I podobnie obydwaj stają się pionkami w skomplikowanej wewnętrznej grze pomiędzy szpiegami CIA. Może trochę się zagalopowałem. Intryga nie jest wybitnie skomplikowana sama w sobie, ale na tyle, by dać pretekst do niekończących się scen akcji, i jako taka spełnia swoją rolę fachowo. A akcji mamy tutaj co niemiara. Kilometrowe pościgi, strzelaniny na stadionach, tłumy statystów i znowu biegną, i strzelają, i biją się. Wszystko zrealizowane doskonale, ale dużo tego. 5-10 minut mniej z czystej akcji, nie zrobiłoby filmowi źle. Śmiało, przy kolejnym pościgu można sobie zrobić herbaty. Czasami rozmach działa na napięcie gorzej niż kameralna duchota. Ale mimo tego Safe House dostarcza bardzo solidnej rozrywki, no i ma jeden niezaprzeczalny atut - Denzela Washingtona, czyli najbardziej rzewnego z żelaznych twardzieli, który kradnie cały film, bezwzględnie wykorzystując swoją monstrualną charyzmę.

Obydwa filmy powinny spełnić swoje zadanie i dostarczyć porcję solidnej filmowej rozrywki. Każde na swój, nieco inny sposób. Safe House nasyci rządnych emocji trochę bardziej w stylu McDonald’sa, a Ścigana jest jak ta nowa knajpka całkiem niedaleko, w której jeszcze nie byłeś. Smacznego!

Ścigana, reż. S. Sodebergh, USA, Irlandia 2011

można

Safe House, reż. D. Espinosa, USA, RPA 2012

można

piątek, 6 stycznia 2012

"W Ciemności", czyli światełko w tunelu


Podobno tuż przed śmiercią widać światełko w tunelu. Nie wiem. Nie sprawdzałem. Ale potwierdza to wiele osób, które przeżyło śmierć kliniczną. Ruszając w stronę światła, powracali do ziemskiej świadomości. Światełko w ciemności stało się nieoczywistym symbolem nadziei. Nieoczywistym dlatego, że w ciemności oślepia na tyle, że nigdy do końca nie wiadomo, co tak naprawdę za sobą skrywa. Pierwsza połowa XX wieku to były mroczne czasy. Prawdopodobnie najmroczniejsze w historii ludzkości. W Ciemności Agnieszki Holland to portret pogrążonych w mroku, lwowskich kanałów przez ostatnie czternaście miesięcy II wojny światowej. Świat, w którym nigdy nie wiadomo, czy światełko na końcu tunelu zwiastuje nadchodzącą pomoc, czy nieuchronną śmierć. Na początku nowego roku film ten to swoiste światełko w mrocznym tunelu rodzimej kinematografii. Jeśli chcesz, drogi Czytelniku, dowiedzieć się, jak mocno się pali, to…

czwartek, 6 października 2011

"To tylko seks" czyli, że o tym samym nie znaczy tak samo


Friends with benefits to już ponoć zjawisko kulturowe. Nowa forma organizacji związków, która nijak ma się do podstawowej komórki społecznej. Nie jestem ekspertem, ale z tego co się orientuję, to nic innego jak zwykłe koleżeństwo, czasem przyjaźń, urozmaicane od czasu do czasu seksem bez planowanych konsekwencji w postaci emocjonalnych zobowiązań (nieplanowane konsekwencje ze swej definicji pojawiają się z zaskoczenia). Czyli z angielskiego no strings attached. I to nie jest deja vu. Nie umiem rozsądzić, jaka jest skala tego zjawiska, ale z pewnością za Wielką Wodą ten model relacji międzyludzkiej ma duże powodzenie i potencjał filmowy. 

Nie tak dawno pisałem o Sex Story, teraz pora na To tylko seks. Obydwa filmy, mimo szeregu pozornych podobieństw i identycznego tematu różni cała reszta. Jeśli chcesz wiedzieć, kto wygrywa starcie to…

środa, 14 września 2011

"Jesteś tam?", czyli o tym, że czasem to chwila decyduje o tym czy cię nie ma


Pewnie „gdzieś-tam” przeczytacie, że Jesteś tam? to holenderska Sala Samobójców, albo odwrotnie. Jeśli tak, nie wierzcie. Obydwa filmy mają tyle z sobą wspólnego co Deutsche Bahn z PKP. I co z tego, że PKP ma czternaście nowych składów, jeśli wloką się one po wciąż tych samych popękanych torach? Dla jasności Sala Samobójców jest PKP, a Jesteś tam? to DB - opinie ma dobrą, ale też potrafi się spóźnić.

Opuśćmy koleje. Zdarzają się od czasu do czasu filmy nieoczywiste. Nieoczywistość potrafi wywindować film na poziom wybitności, ale tylko w parze z uniwersalizmem. Jesteś tam? nie jest filmem wybitnym. Jego nieoczywistość polega na tym, że nie bardzo wiadomo, co o nim myśleć. Dobre filmy zarzucają na widza haka. Czasami wystarczy mały haczyk, który niepostrzeżenie ciągnie nas za fabułą. Czasem jedna scena, jedno ujęcie potrafi zdecydować o tym, czy jesteśmy na pokładzie wraz z bohaterami opowieści. Jeśli chcesz wiedzieć, czy moja odpowiedź na tytułowe pytanie była twierdząca, nie przerywaj i…

piątek, 9 września 2011

"Niepowstrzymany", czyli o tym jak kolejowy etos po torach mknie


W piątkowe popołudnie - nie dla wszystkich - rozpoczyna się weekend. Weekend to pełne dwa dni beztroski – sobota i niedziela, plus to ile uda nam się uszczknąć piątku. Piątek stanowi bonus od harmonogramu, nie zawsze i nie dla wszystkich dostępny. Wielu piątkowe popołudnia i wieczory spędza w podróży. Część jedzie do domów, inni na weekend wyjeżdżają, po to by za chwilę wrócić.

Dzisiaj specjalna recenzja – propozycja dla tych wszystkich, którzy w podróż udadzą się z PKP, z InterCity, z Przewozami Regionalnymi, z SKM, z PKP Cargo, interRegio, Regio, pośpiesznie, osobowo, no po prostu koleją…

czwartek, 8 września 2011

"O Północy w Paryżu" czyli, że dawniej to było, a teraz to, panie, bida…


Gdybym był krytykiem z trzydziestoletnim doświadczeniem wzdychałbym często. Wcale nie dlatego, że podupadałbym już zapewne na zdrowiu. To też, ale przede wszystkim wzdychałbym z nostalgii. Przymykałbym delikatnie powieki i prawie bezgłośnie szeptał „ach, to były czasy…”. Nic by z tego mojego wzdychania dla świata nie wynikało. Ot, szum taki tylko… Sam bym się pewnie uśmiechnął do siebie, od czasu do czasu. I tyle. Ale nie jestem. I nie wzdycham.

Woody Allena lubimy. Zwykło się go lubić. Ci, co go nie lubią, zwykle robią to bez krzty zacietrzewienia. Po prostu, nie lubić Woody Allena też może być modne. Ale nie ma się co nadymać. Woody Allen się nie nadyma. Woody Allen kręci swój film chyba, że gra na klarnecie. Jak gra na klarnecie to się nadyma, ale tylko dlatego, że inaczej się nie da. Woody Allen lubi Paryż. Podobno zna też kilka słów po francusku. Nie wiem, czy Woody Allen czyta Gałczyńskiego. Na pewno Gałczyński nie ogląda Woody Allena. Ciekawe co by pomyślał, gdyby obejrzał O Północy w Paryżu?

czwartek, 1 września 2011

"Kowboje i Obcy", czyli o tym jak przyrządzić koktajl*


Aby przyrządzić z sukcesem koktajl (* myślę i piszę po polsku, dlatego pisząc „koktajl” myślę „alkoholowy”), należy ściśle przestrzegać receptury. Można improwizować, ale wtedy jakość efektu finalnego pozostanie niewiadomą i istnieje poważne ryzyko, że jego zawartość wyląduje, na przykład, w zlewie. Wróćmy do receptur. Wierzcie lub nie, ale nauka o koktajlach (fachowo napojach mieszanych) zwie się miksologią. W ostatecznym rozliczeniu z promilem nawet miskologia w końcu polegnie, bo przecież chodzi o to, żeby… No właśnie, żeby co? Lufa czystej z gwinta, czy wymyślny koktajl, chodzi o to, by przez chwilę było miło, bardziej kolorowo, przyjemnie, rozrywkowo. Optymalnie, jeśli po wszystkim nie boli głowa.

W zadymionym saloonie nie spotkamy kowboja wznoszącego toast z innym rewolwerowcem, uzbrojonymi w palemki cuba libre czy innym mojito. Tym bardziej, przed wspomnianym saloonem nie wyląduje latający talerz. A może odwrotnie? Cóż, wyobraźnia nie zna granic. Jeśli chcesz, drogi Czytelniku wiedzieć co wynika z połączenia etosu Dzikiego Zachodu z UFO i jak taki koktajl smakuje, jesteś oddalony o dokładnie jedno kliknięcie…

środa, 24 sierpnia 2011

"Moon" i "Kod nieśmiertelności", czyli o tym czy istnieje syndrom drugiego filmu i czy warto się tym przejmować?

Recenzja "dwa w jednym", zapraszam:

Debiut Duncana Jonesa obejrzałem przez przypadek. Spodobała mi się stylowa okładka płyty DVD, a tytuł – Moon zaintrygował. Do tego jeszcze Sam Rockwell w roli głównej i Kevin Spacey jako HAL 9000 Gerty.

Film był przyjemnością. Rasowy dramat psychologiczny, science-fiction w starym stylu z makietami i modelami, zamiast komputerów, tekstur i pikseli. Włączam dodatki – wywiad z twórcami na festiwalu Sundance. Wszyscy mówią z sensem. Doskonale wiedzą po co zrobili ten film. Wow – to debiut!, zakrzyknąłem, bo dopiero w tym momencie dotarła do mnie ta informacja...

Duncan Jones debiutuje filmem, który musiał trochę kosztować. Pani producentka dziękuje całej ekipie, dziękuje też swojemu mężowi – Stingowi, bez pomocy którego film by nie powstał. Fajnie – myślę – nie wiedziałem, że Sting dorzuca się do filmów. Ale dlaczego dorzucił się akurat do tego? Na imdb w dziale ciekawostki dowiaduję się, że Duncan Jones jest synem Dawida Bowie. Ma to sens? Być może, ale większy ma to, że ten facet po prostu umie robić filmy…

niedziela, 21 sierpnia 2011

"Conan Barbarzyńca", czyli czy warto oglądać filmy przez kolorowe okulary?

Do technologii 3D mam stosunek neutralny. Całkiem przezroczysty. W moim archiwum znajduje się zbiór trójwymiarowych slajdów z dzieciństwa, ale nie lubię ich wcale bardziej od zdjęć „płaskich”. W trzech wymiarach wciąż opowiadają tę samą historię. No i nie da się ich ot tak po prostu oglądać. Specjalna lornetka, do której wkładanie kolejnych slajdów jest zdecydowanie bardziej upierdliwe, od przeglądania zdjęć. Poza fotkami z dzieciństwa, jest też w moim archiwum uwieczniona ekspozycja Panoramy Racławickiej w technice trójwymiarowej i tu już bez wątpienia warto podjąć wysiłek. Po prostu fajniej się ogląda szarżujących kosynierów w 3D niż na kartach albumu. A jak jest z szarżującym w trójwymiarze Conanem? Już tłumaczę…

czwartek, 18 sierpnia 2011

"Kret", czyli jak trudno jest wygrzebać coś interesującego po omacku


Kret to film polski. Widać to doskonale od pierwszych scen mimo, że rozgrywają się we Francji. Po 15 minutach mamy pewność – nic się nie dzieje, nuda – tak, to na pewno film polski. A przed seansem można się było dać nabrać. Plakat taki trochę zagraniczny. Reżyser trochę francuski. Strona oficjalna po angielsku. Zwiastun z „sabtajtlami”. Podobno thriller… Wszystko bujda. Wiem, bo widziałem.

Kret to obyczajowe nudziarstwo, którego największym walorem jest wiarygodne odwzorowanie mechanizmów biznesowych wśród handlarzy używaną odzieżą. Tak – tym zajmują się główni bohaterowie – ciuchami. Nie – Borys Szyc nie jest agentem specjalnym, jak sugeruje plakat. Nie – Marian Dziędziel nie jest przestępcą, który go ściga. Powiem więcej Dziędziel jest filmowym ojcem Szyca, który plakatowego garnituru nie ma w filmie na sobie ani razu. Za to ma na brzuchu dziesięcio-kilogramową nadwagę. Nie – prawdy nie da się wygrzebać po omacku. Można próbować, ale poza samym rozgrzebaniem z dużym prawdopodobieństwem niczego się nie wygrzebie. Jeśli zastanawiasz się, drogi Czytelniku, czy Kret rzuci przed Tobą nowe światło na wyobrażenie o przeszłości, wzbudzi głębszą refleksję, wgniecie w fotel, czy chociażby elementarnie zainteresuje? Nie – raczej nie. Ten film nie jest wszystkim tym, czym jego twórcy piszą, że jest… Skomplikowane?