Aby przyrządzić z sukcesem koktajl (* myślę i piszę po
polsku, dlatego pisząc „koktajl” myślę „alkoholowy”), należy ściśle
przestrzegać receptury. Można improwizować, ale wtedy jakość efektu finalnego pozostanie niewiadomą i istnieje poważne ryzyko, że jego zawartość
wyląduje, na przykład, w zlewie. Wróćmy do receptur. Wierzcie lub nie, ale
nauka o koktajlach (fachowo napojach
mieszanych) zwie się miksologią.
W ostatecznym rozliczeniu z promilem nawet miskologia
w końcu polegnie, bo przecież chodzi o to, żeby… No właśnie, żeby co? Lufa
czystej z gwinta, czy wymyślny koktajl, chodzi o to, by przez chwilę było miło,
bardziej kolorowo, przyjemnie, rozrywkowo. Optymalnie, jeśli po wszystkim nie boli
głowa.
W zadymionym saloonie nie spotkamy kowboja wznoszącego toast
z innym rewolwerowcem, uzbrojonymi w palemki cuba libre
czy innym mojito. Tym
bardziej, przed wspomnianym saloonem nie wyląduje latający talerz. A może
odwrotnie? Cóż, wyobraźnia nie zna granic. Jeśli chcesz, drogi Czytelniku
wiedzieć co wynika z połączenia etosu Dzikiego Zachodu z UFO i jak taki koktajl
smakuje, jesteś oddalony o dokładnie jedno kliknięcie…
