Friends with benefits
to już ponoć zjawisko kulturowe. Nowa forma organizacji związków, która nijak ma
się do podstawowej komórki społecznej. Nie jestem ekspertem, ale z tego co się
orientuję, to nic innego jak zwykłe koleżeństwo, czasem przyjaźń, urozmaicane od
czasu do czasu seksem bez planowanych konsekwencji w postaci emocjonalnych
zobowiązań (nieplanowane konsekwencje ze swej definicji pojawiają się z
zaskoczenia). Czyli z angielskiego no strings
attached. I to nie jest deja vu. Nie umiem rozsądzić, jaka jest skala tego
zjawiska, ale z pewnością za Wielką Wodą ten model relacji międzyludzkiej ma
duże powodzenie i potencjał filmowy.
Nie tak dawno pisałem
o Sex Story, teraz pora na To tylko seks. Obydwa filmy,
mimo szeregu pozornych podobieństw i identycznego tematu różni cała reszta.
Jeśli chcesz wiedzieć, kto wygrywa starcie to…
