Kret to film polski. Widać to doskonale od pierwszych scen mimo, że rozgrywają się we Francji. Po 15 minutach mamy pewność – nic się nie dzieje, nuda – tak, to na pewno film polski. A przed seansem można się było dać nabrać. Plakat taki trochę zagraniczny. Reżyser trochę francuski. Strona oficjalna po angielsku. Zwiastun z „sabtajtlami”. Podobno thriller… Wszystko bujda. Wiem, bo widziałem.
Kret to obyczajowe nudziarstwo, którego największym walorem jest wiarygodne odwzorowanie mechanizmów biznesowych wśród handlarzy używaną odzieżą. Tak – tym zajmują się główni bohaterowie – ciuchami. Nie – Borys Szyc nie jest agentem specjalnym, jak sugeruje plakat. Nie – Marian Dziędziel nie jest przestępcą, który go ściga. Powiem więcej Dziędziel jest filmowym ojcem Szyca, który plakatowego garnituru nie ma w filmie na sobie ani razu. Za to ma na brzuchu dziesięcio-kilogramową nadwagę. Nie – prawdy nie da się wygrzebać po omacku. Można próbować, ale poza samym rozgrzebaniem z dużym prawdopodobieństwem niczego się nie wygrzebie. Jeśli zastanawiasz się, drogi Czytelniku, czy Kret rzuci przed Tobą nowe światło na wyobrażenie o przeszłości, wzbudzi głębszą refleksję, wgniecie w fotel, czy chociażby elementarnie zainteresuje? Nie – raczej nie. Ten film nie jest wszystkim tym, czym jego twórcy piszą, że jest… Skomplikowane?
