
Debiut Duncana Jonesa obejrzałem przez przypadek. Spodobała mi się stylowa okładka płyty DVD, a tytuł – Moon zaintrygował. Do tego jeszcze Sam Rockwell w roli głównej i Kevin Spacey jako
Film był przyjemnością. Rasowy dramat psychologiczny, science-fiction w starym stylu z makietami i modelami, zamiast komputerów, tekstur i pikseli. Włączam dodatki – wywiad z twórcami na festiwalu Sundance. Wszyscy mówią z sensem. Doskonale wiedzą po co zrobili ten film. Wow – to debiut!, zakrzyknąłem, bo dopiero w tym momencie dotarła do mnie ta informacja...
Duncan Jones debiutuje filmem, który musiał trochę kosztować. Pani producentka dziękuje całej ekipie, dziękuje też swojemu mężowi – Stingowi, bez pomocy którego film by nie powstał. Fajnie – myślę – nie wiedziałem, że Sting dorzuca się do filmów. Ale dlaczego dorzucił się akurat do tego? Na imdb w dziale ciekawostki dowiaduję się, że Duncan Jones jest synem Dawida Bowie. Ma to sens? Być może, ale większy ma to, że ten facet po prostu umie robić filmy…
