Gdybym był krytykiem z trzydziestoletnim doświadczeniem
wzdychałbym często. Wcale nie dlatego, że podupadałbym już zapewne na zdrowiu.
To też, ale przede wszystkim wzdychałbym z nostalgii. Przymykałbym delikatnie
powieki i prawie bezgłośnie szeptał „ach, to były czasy…”. Nic by z tego mojego
wzdychania dla świata nie wynikało. Ot, szum taki tylko… Sam bym się pewnie
uśmiechnął do siebie, od czasu do czasu. I tyle. Ale nie jestem. I nie wzdycham.
Woody Allena
lubimy. Zwykło się go lubić. Ci, co go nie lubią, zwykle robią to bez krzty
zacietrzewienia. Po prostu, nie lubić Woody Allena też może być modne.
Ale nie ma się co nadymać. Woody
Allen się nie nadyma. Woody
Allen kręci swój film chyba, że gra na klarnecie. Jak gra na klarnecie to
się nadyma, ale tylko dlatego, że inaczej się nie da. Woody Allen lubi Paryż. Podobno
zna też kilka słów po francusku. Nie wiem, czy Woody Allen czyta Gałczyńskiego. Na pewno Gałczyński nie ogląda Woody Allena. Ciekawe co by
pomyślał, gdyby obejrzał O Północy w Paryżu?
