Nie mam pojęcia, skąd się biorą te wszystkie „achy i ochy”. Czytam
recenzje nowego Almodovara i
nie mogę wyjść ze zdumienia. Wietrzę spisek – może ktoś złośliwie podmienił
film i w efekcie zobaczyłem coś innego? Zastanawiam się nad kondycją
intelektualną polskiego recenzenta. Nad jego brakiem wiary we własny gust i
zdrowy rozsądek. Czytam o hiszpańskim mistrzu, jego dialogu z bogiem. I myślę,
że trzeba wykazać bardzo luźny stosunek do oglądanego dzieła, by wysnuć tak
odległe od filmowej materii konkluzje. Mam wrażenie, że recenzenci dopisują
znaczenia na siłę, tak jakby byli coś Almodovarowi winni albo po
prostu chcieli mu się podlizać. W myśl zasady: „Almodovar wielkim reżyserem
jest, więc jeśli jest wielkim reżyserem, to film wielkiego reżysera też będzie
wielkim, nie?”.
Skóra, w
której żyję to film pozszywany na siłę, z gracją i wdziękiem perwersyjnego
rzeźnika. Gdy rozerwać opakowanie w środku znajdziemy przerażającą intelektualną
pustkę. Aby się o tym przekonać, wystarczy brzytwa, którą pożyczmy najlepiej od
Ockhama…
