środa, 9 maja 2012

Gdynia Film Festival, czyli parszywa trzynastka

W konkursie głównym tegorocznego gdyńskiego festiwalu filmowego znalazło się trzynaście filmów. O jeden więcej niż w roku ubiegłym. Część filmów dopiero czeka kinowa premiera, niektórym zostało już tylko wydanie na DVD, a jeszcze inne są już dostępne w kioskach, jako dodatek do kolorowych gazet.

Nie wiem, co można ugrać "palemką" gdyńskiego festiwalu na okładce, czy plakacie. W jakim stopniu oddziałuje ona na widzów jako rekomendacja? Czy ktokolwiek bierze ją za znak jakości?

Większości filmów z parszywej trzynastki nie widziałem, ale nie mogę się nadziwić, co wśród nich robi W ciemności Agnieszki Holland? To jakby kazać sprinterowi pobiec maraton, braciom Kliczko bić się z braćmi Mroczek, a Pudzianowi tańczyć na lodzie (chyba, że coś przegapiłem...). W skrócie, pojedynek z gruntu niesprawiedliwy bez perspektyw na dobre rozwiązanie.

W ciemności osiągnął wszystko. To bezdyskusyjny sukces, dystansujący pozostałe filmy o kilka długości: nominacja do Oskara, prawie 1 200 000 widzów w polskich kinach, międzynarodowa dystrybucja. Palemka gdyńskiego festiwalu pasuje do tego zestawu jak kwiatek do kożucha. Jest zbędna i do niczego niepotrzebna. A co będziemy myśleć, jeśli W ciemności nie wygra? I tak źle i tak nie dobrze.

Parszywy wybór...

wtorek, 8 maja 2012

”Lęk wysokości”, czyli o czytaniu nekrologów


Kupowanie biletu na polski film jest jak przeglądanie nekrologów w gazecie. Większość nazwisk jest obca. Często wszystkie. Każde reprezentuje czyjąś osobistą tragedię, z których większość i tak pozostanie anonimowa. Czytaniu nekrologów towarzyszy dziwne uczucie. To rodzaj wyzwania rzuconego losowi. Odkładamy gazetę i nic się nie zmienia - znowu się udało. Tak jak czytanie nekrologów zawiera w sobie jakiś promil emocji, tak coraz mniej rozumiem co zawierają w sobie kolejne film z podgatunku, ”wybitny film polski”.

Można stwierdzić, że tzw. ”film polski” to osobna kategoria, zarówno pod kątem artystycznym jak i rozrywkowym. Jest to dzieło w najlepszym wypadku nieudolne zarówno artystycznie, jak i rozrywkowo, a efektem ubocznym jest porażka frekwencyjno-finansowa. Niezmiennie ”film polski” wzbudza zachwyt tabunu polskich recenzentów odwrotnie proporcjonalnie do zachwytu i zainteresowania widowni.

Omówię to zjawisko na przykładzie:

Poniedziałek, godzina 19.30, Lęk wysokości, reżyseria Bartosz Konopka. W sali kinowej na 200 miejsc, poza Frankiem zasiada 4 widzów (słownie czterech). Gaśnie światło. Tym razem ”film polski” rozpoczyna się od końca. Nieudolny montaż dźwięku i przestylizowane zdjęcia sugerują antycypację - oglądamy zakończenie - ojciec umarł. Gdy już dowiedzieliśmy się do czego film zmierza twórcy przedstawiają strzępy fabuły. Mamy syna-Dorociński i ojca-Stroiński. Pierwszy pracuje w TV, a drugi ma schizofrenię. Łapiecie to: ojciec-syn, schizofrenia-TV. Błyskotliwe? Będzie lepiej, bo to intelektualne połączenie twórcy filmu eksploatują na wszelkie możliwe sposoby. Ojciec wyrzuca co chwilę odbiorniki telewizyjny z okna swojego mieszkania. Cały czas ogląda telewizję i nagrywa pieczołowicie wszystkie telewizyjne wystąpienia swojego syna. Nawet uziemiony na oddziale zamkniętym w szpitalu psychiatrycznym, później i tak w jego gablotce znajdzie się nagranie z debiutu syna w roli prezentera wiadomości - magia kina, chciałoby się zakrzyknąć.
Nie dajcie się zwieść, że Lęk wysokości to film kinowy. Pretensjonalne stylizacje, przejaskrawione zdjęcia nie ukryją faktu, że talentu scenariuszowego w filmie tyle, co w telenoweli. Aktorzy starają się jak mogą, ale nie są w stanie nic ugrać, bo nie ma podstaw w postaci historii, której film Konopki jest pozbawiony całkowicie. To utwór skrajnie niezdarny dramaturgicznie. Pozbawiony jakiegokolwiek konfliktu. Zdarzenia rozgrywają się wyłącznie na zasadzie losowych zbiegów okoliczności i nie da się między nimi stworzyć logicznej sieci skutkowo-przyczynowych powiązań. 

Syn nagle, po 20 latach dostaje telefon z psychiatryka, do którego trafił jego ojciec. Jedzie nie wiadomo w jakim celu przekonany o tym, że nadzwyczajna inteligencja schizofrenika i tak da wszystkim lekarzom w kość. Ze spotkania po latach niewiele wynika. Syn nagle zaczyna się martwić losem ojca. Uznaje, że psychiatryk, to zbyt okrutne miejsce. Zabiera go z powrotem do zrujnowanego mieszkania, które jest już popisem finezji, wrażliwości i wyobraźni scenografów. Z sufitu, w formie kołysek dyndają podwieszone piloty telewizorów i inne tego typu ”pomysły” stanowiące impresję nt. wyglądu lokum klasycznego schizofrenika.

Pozostawiony sam sobie ojciec zaczyna szybko rozrabiać, więc znowu trafia do psychiatryka i tak w kółko. Syn opiekując się ojcem zawala i w pracy i zaniedbuje żonę, ale nie ma to żadnych konsekwencji. Po kolejnych wpadkach w pracy, dostaje kolejne awanse, a kolejne napady histerii jego żony sprawiają, że tamta kocha go tylko bardziej. A koniec i tak już znamy z pierwszej sceny.

Lęk wyskości to film karykaturalny. Reżyser – zdolny dokumentalista wykazuje się całkowitym brakiem fabularnego talentu. Konopka bierze się za rozliczenie z demonami własnej przeszłości, ale nie udaje mu się postawić żadnego pytania. W efekcie Lęk wysokości to dzieło niewiarygodne, nudne i pretensjonalne, któremu nie udaje się podjąć tematów, po powierzchni których się prześlizguje: choroba bliskiej osoby, starość, relacji ojciec-syn.

Lęk wysokości to film o zawartości emocjonalnej porównywalnej z nekrologiem anonimowej osoby. I tak przez półtorej godziny... Zdecydowanie odradzam,

oj, lepiej nie

Chyba, że podobały się Tobie ”Pręgi”, czy ”33 sceny z życia” - w takim przypadku pędź do kina bez ”Lęku...” póki jeszcze grany jest.

Lęk wyskości, reż. Bartosz Konopka, Polska 2011

czwartek, 22 marca 2012

Zawód: PRODUCENT

Producent filmowy, to zawód, który w raz z upadkiem komuny i nastaniem wolnego rynku przeszedł rewolucję. Otóż nagle okazało się, że do produkowania filmów kluczową stanie się umiejętność pozyskiwania na nie funduszy, czyt. pieniędzy z perspektywą jak największego zwrotu (ewentualny brak zwrotu można zrekompensować sobie w trakcie produkcji, ale o tym ciiiii...). I tak się jakoś utarło, że producenci to ludzie nie tyle z cienia, ale konsekwentnie w cieniu pozostający, gdzieś z tylnego siedzenia sterujący procesem filmu powstawania, a być może tylko go umożliwiającym... Wszystko do czasu...


Lew R. to pierwszy polski producent, który z hukiem z cienia wyszedł. Jego gwiazda zabłysnęła na chwilę, ale za to z siłą kilku słońc. Gdy nastało jego przysłowiowe "5 minut" przemknął przez rodzimy firmament niczym kometa, której ogon do dziś rozpala  wyobraźnię kolejnych pokoleń producentów...


Tak jak Lew R. zasłynął tym, że za kraty trafił, tak Jacek Samojłowicz, producent głośnego Kac Wawapodąża tą samą drogą z tą różnicą, że za kraty pragnie wsadzać innych. Padło na krytyka Raczka. O co dokładnie chodzi, możecie usłyszeć z ust samego pana Jacka, który pięknie i elokwentnie tłumaczy się ze swoich pobudek u Lisa. Przy okazji będziecie mieli możliwość zapoznania się z ogólną refleksją pana Samojłowicza na temat misji i etosu producenckiego ("ja tylko daję kasę"). O tutaj:


Podobno, gdy Lew R. oglądał program Lisa, to rozłożył szeroko ręce, westchnął głęboko i kręcąc wolno głową rzekł: "ech, do czego to doszło..."


środa, 21 marca 2012

Orły, sokoły, czyli o róży w ciemnościach

Orły, to Polskie Nagrody Filmowe, na modłę zamorską przyznawane przez członków Polskiej Akademii Filmowej. Jak to w naturze nagród leży, zostały właśnie przyznane/rozdane Orły 2012. Jak każde nagrody, Orły mają swoją wewnętrzną logikę i dynamikę. Czy Polski Orzeł filmowy szybuje gdzieś wysoko w przestworzach, czy pikuje w dół szorując podbrzuszem po leśnej ściółce - musicie ocenić sami. Ja po prostu tegorocznych Orłów nie rozumiem. O zaszczytny tytuł "Najlepszy Film" biją się trzy dzieła: Róża, W Ciemności, Sala Samobójców. Nominacje mówią wiele o poziomie. A ja, który każdy z tych filmów widziałem, próbuję zrozumieć dlaczego z pojedynku zwycięsko wychodzi  Róża? Odstawiam na bok swoją opinię o filmie Smarzowskiego i zastanawiam się dlaczego W Ciemności nie zyskało uznania Polskiej Akademii Filmowej.

Do refleksji - Róża vs. W Ciemności:

Podobny temat. Obydwa filmy opowiadają o dramacie jednostek w obliczu okrutności wojny. Obydwa próbują odtworzyć światy, które nie istnieją, także w warstwie językowej. Różę zobaczyło w polskich kinach 373 660 widzów i nie ma na koncie żadnego sukcesu na międzynarodowym A-klasowym festiwalu filmów. Nie wiadomo także, by gdziekolwiek film miał wejść do szerokiej międzynarodowej dystrybucji. W Ciemności zobaczyło 1 157 634 widzów, film zdobył m. in. nominację do Oscara w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny i ma międzynarodowego dystrybutora - Sony Picture Classics.

Podsumowując, najlepszym filmem, w oczach Polskiej Akademii Filmowej z dwóch o tej samej tematyce i podobnie dobrze przyjętych przez krytykę Orłem odznaczony został ten o prawie czterokrotnie mniejszej widowni krajowej, i bez jakichkolwiek istotnych sukcesów międzynarodowych. Ciekawe? Zadziwiające? Logiczne?

A jeśli ktoś się zastanawia dlaczego w swoim zdziwieniu w zasadzie przemilczałem Salę Samobójców, to zapraszam tutaj:


Z pozdrowieniami,
fk

piątek, 9 marca 2012

Franek przerywa milczenie, czyli o krytyki sensie

Franek zamilkł był na czas jakiś. Sam się zastanawiam jaki wpływ na fakt ów miał bolesny seans Smarzowskiego filmu ostatniego. Pokłuty przez Różę, długo dochodził do siebie mimo niezachwianej wiary w sens swojego votum separatum. W tak zwanym międzyczasie wydarzyło się wiele. Nie tylko filmów, ale i na przykład Oscary, które są świetnym pretekstem do pisania o filmach (przez Franka niewykorzystanym). Będę nadrabiał zaległości.

Tymczasem, spróbujmy oddać się głębszej refleksji. Zatrzymajmy się na chwilę i spróbujmy wspiąć się na metapoziom. Sięgając ku istocie wszechrzeczy, zastanówmy się jaki jest sens tego wszystkiego? Ze swojej zawężonej optyki krytycznego krytyka filmowego pisząc wszystkiego, mam na myśli - recenzencko-filmowego.

Z zupełnie nieoczekiwanej strony pojawia się odpowiedź na wszelkie wątpliwości. Niczym intelektualny taran, z gracją walca drogowego wytacza się błyskotliwa jak sześcio kilowatowa lampa, bardziej nieustępliwa niż blok betonu, w swych sądach nieprzejednana niczym pojednanie polsko-niemieckie twórczyni, artystka, reżyserka, filmoznawczyni, filozof kultury, znawczyni prawideł erystyki. Proszę państwa, Barbara Białowąs:


Dzisiejszy dzień rozpoczął się dla mnie od seansu, który odtwarzał zarejestrowaną za pomocą sprzętu audiowizualnego, wartką niczym górski potok dyskusję, między wspomnianą powyżej BB, a niejakim Michałem Walkiewiczem (członek zespołu filmweb). Rozmowa ta, w której argumenty padają z siłą i energią młota pneumatycznego sprawi, że nic już nie będzie dla Was takie samo, a Ci którzy posiadają jeszcze resztki wiary w polskie kino utracą je bezpowrotnie.

Dla odważnych linki:
cz. I
cz. II

środa, 8 lutego 2012

"Róża", czyli nie głaszczmy się


W kinach Róża – najnowszy film reżysera serialowego Wojtka Smarzowskiego (Na Wspólnej, Brzydula, Londyńczycy 2). Podobno też najbardziej wyczekiwany. Przez aklamację uznany za dzieło wybitne, w momencie w którym okazało się, że to właśnie Smarzowski będzie reżyserował. Wszak w kraju nad Wisłą „wybitność” otrzymuje się z nadania, dożywotnio, bez odwołań i w trybie niejawnym. Wojtek Smarzowski reżyserem wybitnym jest, odkąd nakręcił dobre Wesele. Fakt, że na co dzień zajmuje się sztuką, której wybitność jest sprawą dyskusyjną (wspomniane seriale) nie ma na to najmniejszego wpływu. Pan Wojtek na co dzień może klepać telenowele, ale gdy tylko jego film puszczany jest w kinie, staje się filmem wybitnym. Z nadania.

Dom Zły – film prostacki, prymitywny i źle opowiedziany (bezsensowne wprowadzenie kilku płaszczyzn czasowych) zapoczątkował akcję zagłaskiwania pana Wojtka. Recenzenci przyznawali gwiazdki bez opamiętania porównując do Fargo braci Coen. Różnica jak między piciem w Szczawnicy, a szczaniem w piwnicy. Pan Wojtek poczuł się dobrze w swoim artystowskim bunkrze i robi filmy, odpowiadające hasłu: „patrzcie, jacy potrafimy być ohydni”. Wiadomo od ohydy do wybitności tylko krok. Wszyscy zachwyceni! Jakież to ohydne! Jakież paskudne! Jakież wstrętne! Dokładnie ten trop, odtwarza Róża. To kolejna odsłona bezrefleksyjnego studium ludzkiej ohydy. Tautologiczny schemat, w którym po paskudnym świecie harcują paskudne osobniki, uprzykrzając skutecznie życie nielicznym porządnym.

Jako reżyser serialowy pan Wojtek ma bardzo duże doświadczenie w pracy nad cudzym tekstem. Tym razem autorem scenariusza jest niejaki Michał Szczerbic. Człowiek, który wcześniej swój talent scenariopisarski objawił jako autor jednej z najbardziej spektakularnych katastrof rodzimej kinematografii, czyli adaptacji Wiedźmina, zarówno w wersji serialowej jak i filmowej. To on, jako producent, stał za tym by trudny film fantasy o budżecie przeszło 18 mln PLN wyreżyserował debiutant –Marek Brodzki, wieczny II reżyser. O efekcie finalnym, każdy kto widział, próbuje zapomnieć.

Kooperacja Szczerbica ze Smarzowskim zaowocowała jednym z najbardziej nieudolnych filmów jakie widziałem. Najmniej obrywa się aktorom, którzy naprawdę się starają. Grają z przejęciem, ale co z tego? Nec Hercules… jeśli nie ma scenariusza. Historia jest dziurawa i pozbawiona logiki, a intryga toporna. Nie mówię tutaj o tle historycznym, tutaj aż zbyt wiele uwagi poświęconej jest deklaratywnemu wykładaniu historycznej specyfiki czasów, głównie za pomocą okrutnie źle napisanych scen dialogowych. Rzecz rozsypuje się w najprostszych wymiarach: bohaterowie nie mają żadnych motywacji. Zachowują się nielogicznie i niezrozumiale. Fatalnie wypadają wszelkie sceny akcji – bójki, wybuchy, efekty specjalne – wszystko na poziomie gimnazjalnego kółka filmowego. Nie przekonuje warstwa estetyczna. Zdjęcia Piotra Sobocińskiego jr są przestylizowane i niespójne. Nie pomaga fatalna charakteryzacja (przyklejane brody, silikonowe nosy). Źle i nieprzekonywująco wypada kwestia języków, którymi posługują się bohaterowie w wieloetnicznym świecie (pan Wojtek mógłby wiele nauczyć się od Agnieszki Holland). Nie ma puenty. To kolejna odsłona tej samej historii. Niestety coraz wyraźniej zaczyna to przypominać osobistą odtrutkę Smarzowskiego na lukrowany świat, który na co dzień tworzy Na Wspólnej.

Ciekawe czy Różę tak chętnie by głaskano, gdyby miała jakieś kolce?

oj, lepiej nie

Róża, reż. W. Smarzowski, Polska 2011

sobota, 21 stycznia 2012

"Musimy porozmawiać o Kevinie", czyli czy warto rozmawiać?


Rozmawiać warto. To generalna zasada. Na rozmowę składają się dwa elementy: mówienia i słuchania. W kółko i na zmianę. Wbrew temu, co sugeruje, na przykład telewizja, warto rozmawiać, a przyroda odnotowała przypadki rozmów, w których, za pomocą owego specyficznego ruchu kolistego, podmioty rozmowy, czyli rozmówcy posuwają się do przodu. Pamiętać trzeba o kilku podstawowych zasadach. Dla higieny i dla efektu. W skrócie: słuchać uważnie, mówić rozsądnie i przede wszystkim stawiać właściwe pytanie. Dobrze postawione pytanie jest jak w samochodzie pełen bak 98-oktanowego paliwa. Pozwala wybrać się w podróż i zajechać dalej niż zwykle. Film jest jak rozmowa. Autorzy mówią, a widz słucha i zwykle jest tak, że im ciekawiej postawione pytanie, tym lepiej się słucha. Tym razem pada propozycja dosyć kategoryczna: Musimy porozmawiać o Kevinie. Na pewno, musimy?

Rozpoczyna się krwiście i soczyście zarazem. Intensywna czerwień atakuje z ekranu. Jakieś postaci taplają się w pomidorowej breji. Wśród nich Tilda Swinton. Chwilę później przeskok czasowy. Swinton wyraźnie starsza. Umęczona, z podkrążonymi oczyma. Znowu czerwień. Jest coś niepokojącego w tych obrazach, które drażnią poczucie estetyki i działają na zmysły. Sceny płyną niespiesznie. Akcja dzieje się na trzech płaszczyznach czasowych. Mamy urywki z beztroskiej młodości Swinton, początki jej małżeństwa i wychowywanie dziecka, wreszcie Swinton „teraz” – tak jakby jej całe życie legło w gruzach. Bardzo długo z tej układanki nie wyłania się wyraźna fabularna nić. Twórcy zaciągają solidny kredyt na ekspozycję. Odsetki rosną z każdą minutą, z każdą sceną, z każdą sekwencją. Oczekujemy bomby. Lont już płonie, i płonie, i płonie… Niespieszność coraz niebezpieczniej wkracza w rejony nudy. Lont się wypala… I nic. Dochodzi godzina i już wiadomo, dokąd ta cała opowieść zmierza: Kevin jest dzieckiem złym. Tak po prostu, z natury. A jego matka (Swinton) stara się, jak może, ale trudna jest miłość do potwora. I tak jeszcze przez drugą godzinę... Kevin dorasta. Jest zbuntowany, dwulicowy, brutalny, introwertyczny. Coraz bardziej wymyka się spod kontroli. Wiemy, że będzie sprawcą jakiejś tragedii i z każdą kolejną sceną interesuje nas to mniej. Nie ma znaczenia, czy Kevin wyciągnie nóż, czy karabin, użyje dynamitu czy żrącego kwasu. Początkowe artystyczne pytanie przeradza się w nudny wykład, a autorzy skupiają się wyłącznie na domknięciu początkowej hipotezy: czasami nie da się wytłumaczyć skąd się bierze zło, zwłaszcza takie, które przekracza granice wyobraźni wziętej w ramy zdrowego rozsądku.

Musimy porozmawiać o Kevinie to film, na który został zaciągnięty artystyczny kredyt bez pokrycia. Przekonywująca i przejmująca Tilda Swinton w ciągłej impresji na temat Lady Makbet, nie tylko nie jest w stanie zmyć krwi ze swoich rąk ale i udźwignąć na swoich barkach naiwnej historii, która zamiast wciskać w fotel swoją drastycznością przeradza się w groteskową farsę. Szkoda, że film tak powierzchownie eksploruje to, za co jest paradoksalnie najbardziej przez krytykę chwalony, czyli problem z tzw. „instynktem macierzyńskim”. Nielinearna narracja przez pewien czas skutecznie ukrywa fakt, że autorzy eksplorują wyłącznie oczywiste aspekty relacji matki z trudnym dzieckiem. Irytują toporne środki, za pomocą których autorzy budują postać Kevina jako wcielonego demona. Zwłaszcza, gdy kilkulatkowi przypisuje się złożone i wielopoziomowe intencje. Zupełnie, jakby ktoś spróbował zrobić Dziecko Rosemary II. Ale ani to śmieszne, ani straszne. Dobre aktorstwo stanowi przykrywkę, dla słabej opowieści. W tym przypadku duże rozczarowanie. Tylko dla rozsmakowanych w estetyce Emo.

oj, lepiej nie

środa, 18 stycznia 2012

"Paszport", czyli "Kret" w liczbach

Na co komu "Paszport"?

Mamy UE + Schengen. Fakt posiadania paszportu nie jest niczym szczególnym. Przestał być dobrem reglamentowanym. Przydaje się do, co bardziej egzotycznych wypraw. "Paszport" to nagrody kulturalne przyznawane przez tygodnik "Polityka". Nagrody, których istota, sens i znaczenie stają się dla mnie z każdą kolejną edycją coraz mniej zrozumiałe.

Nie wiem, o czym świadczy fakt, że tegorocznym laureatem został niejaki Rafael Lewandowski. Ale ponieważ takie są fakty, to faktów będę się trzymał.

Fragment decyzji jury:
Nagroda za film Kret, oryginalną i unikającą schematów próbę zmierzenia się z tematem polskiej lustracji i zła, które przechodzi z pokolenia na pokolenie. Za odważne spojrzenie z oddali na legendę Solidarności oraz za doskonałą pracę z aktorami.
Tutaj możecie przeczytać moją recenzję Kreta.

A teraz kilka liczb nt.:

Czas trwania: 104 min.
Budżet: 3 968 214,22 PLN (słownie: trzy miliony dziewięćset sześćdziesiąt osiem tysięcy dwieście czternaście złotych i dwadzieścia dwa grosze)
Liczba widzów: 99 795 (słownie: dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy siedmiuset dziewięćdziesięciu pięciu)

http://www.pisf.pl/pl/kinematografia/box-office/filmy-polskie
Średnia cena biletu w II kwartale 2011 w sieci CinemaCity: 18,89 PLN
Szacunkowe wpływy z biletów brutto: 1 885 227,55 PLN
Szacunkowe wpływy z biletów netto (7% VAT i 1,5% daniny na PISF): 1 735 729,00 PLN
Uśredniony koszt promocji filmu (kopie, plakaty, reklama): ok. 1 mln PLN
Podział wpływów kiniarze vs. dystrybutor ok. 50:50: 867 864,50 PLN

I tę ostatnią liczbę, można dzielić i dzielić w głowie... Takie ćwiczenie na wyobraźnię i test na rentowność sztuki. Czy paszport w tym kontekście nabiera nowego znaczenia? Np. zsyłkę?


wtorek, 17 stycznia 2012

"Czas Wojny", czyli o koniu, który został żołnierzem


Czas Wojny, to historia jednostronna, w tym sensie, że o koniu, który zostaje żołnierzem. W odwrotnym kierunku nie działa - żołnierz koniem nie zostanie. Nieoczywista, bo nie wiadomo, czy koń zdaje sobie sprawę z faktu, że został żołnierzem. Niejednoznaczna, bo tym bardziej nie wiadomo, czy koń ma świadomość swojej bohaterskości. No i bezkompromisowa, bo powstała. Wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi.

Człowiek odpowiedzialny – Steven Spielberg, to instytucja w światowym kinie. Tytan pracy, który w swoim reżyserskim dorobku ma przeszło pół setki pozycji. Na tym tle Czas Wojny jest dziełem, które wyróżnia się dramaturgicznym prekursorstwem, bo w żadnym z jego dotychczasowych filmów nie było zwierzęcego protagonisty. Jurassic Park nie był przecież filmem o tyranozaurach czy innych pterodaktylach, które stanowiły jedynie tło opowieści. W Czasie Wojny koń ma więcej do grania i pełni istotniejszą rolę w dramacie niż małpy w serii o ich planecie. Równie dobrze można było wysłać na wojnę Babę-świnkę z klasą, która zapewne też zaniemówiłaby, będąc świadkiem jej okropieństwa (wojny), tak jak ma to miejsce w przypadku tytułowego bohatera Czasu Wojny (War Horse w oryginale), który nie mówi (pewnie gdyby chciał, to by mówił).

Zaniemówienie raczej nie grozi w sali kinowej chyba, że tak właśnie okazujesz, Czytelniku, niedowierzanie czy znudzenie. Ja wydawałem z siebie jęki, postękiwania, stęknięcia oraz wierciłem się, nieustannie na skraju ziewania.

Film zaczyna się od mocnego uderzenia. Rodzi się jakiś koń, a Janusz Kamiński filmuje to w taki sposób, żeby od początku wiadomo było, że to właśnie TEN koń. Narodziny obserwuje jakiś chłopiec i nikt nie ma wątpliwości, że to będzie TEN właśnie chłopiec, który konia z wzajemnością pokocha. Ale nagle chłopca już nie ma, zaś koń zostaje wystawiony na aukcji. Lokalny pijaczyna uniesiony ambicją chłopa pańszczyźnianego wygrywa licytację ze swoim wasalem, co nie wróży na starcie niczego dobrego (mimo, że pańszczyzny na wyspach nie było, to na feudalizmie znają się nienajgorzej). Traf chce, że pijaczyna jest ojcem chłopca. Tak, właśnie – TEGO chłopca. Cóż, za zbieg okoliczności, prawda? Chłopiec może bez skrępowania kochać konia. Zaprzęga go do orki, co nie jest podstawowym przeznaczeniem War Horse’a, ale dzięki temu dokonują niemożliwego i udaje się zasiać po uprzednim zaoraniu nieurodzajną, kamienistą glebę i uratować byt rodziny, na którą dybie zły wasal. W międzyczasie reżyser obrazuje pierwszą z trzech mądrości filmu, otóż: „dziewczęta wolą kawalerów na koniach, niż tych z samochodami”.

Po ok. 45 minutach filmu wybucha wojna. Wreszcie nadchodzi oczywiste – koń zostaje oddzielony od chłopca i jedzie na front (koń, chłopiec zostaje). Czułem się trochę jak świnia, bo przyjąłem tę wiadomość z nadzieją na ożywienie (sic!) fabuły.

Nadzieja rozwiewa się szybciej niż końska grzywa podczas galopu na wietrze. Intelektualnie myślą przewodnią tej części filmu jest dramatyczne motto, które wypowiada któraś z postaci: „Wojna zabiera wszystko. Wszystkim”. Rozpoczyna się seria mikro-historii, etiud, których spoiwem jest rzeczony koń, który już w pełni zasługuje na tytuł War Horse’a, wszak wojna dookoła trwa. I tak, koń najpierw trafia do brytyjskiego oficera, który śle (oficer, koń by pewnie słał, gdyby tylko listonosze traktowali go poważnie) chłopcu (TEMU chłopcu) odręczne szkice konia (szkice konia autorstwa oficera, oczywiście; gdyby chodziło o szkice konia, to byłyby to autoportrety, ale koń jest na to zbyt skromny). A po chwili ginie (oficer). Koń trafia do niemieckiej niewoli. Poddaje się, wstępuje w szeregi cesarskiego wojska, po czym dezerteruje, kolaboruje z Francuzami, zakochuje się, zaciąga się jako niemiecki artylerzysta, ratuje swoją ukochaną, traci ją, by pod wpływem zewu pognać, ku… wolności? Bohaterstwo? Ja nie wiem. Z dużym prawdopodobieństwem koń też nie. Zakończenia nie zdradzę, bo i tak wszyscy je znają, ale dodam, że po drodze koń dokonuje cudu, bo przywraca chłopcu (tak – TEMU chłopcu) wzrok. I to wszystko w szpitalu polowym, bo chłopiec się znalazł po czterech latach od rozstania na wojnie, w momencie, gdy już o nim zapomnieliśmy. I tu objawia się trzecia złota myśl oraz brak konsekwencji twórców, bo wychodzi na to, że wojna nie tyle zabiera wszystko, co także potrafi zwrócić to co najcenniejsze – prawda, że piękne?
Podczas seansu czułem się, jak wyciskana cytryna z przeceny. Tanio (bo z przeceny), niekomfortowo, bo przecenione cytryny wyciska się z większym wysiłkiem niż te świeże i soczyste, i niesmacznie. W całym filmie wyłapałem jedną fajną scenę, ale im dłużej o niej myślę, tym bardziej przekonuję się, że jej fajność objawiała się na tle, a nie sama w sobie. Nie ma obrazów zapadających w pamięci, tak jak choćby sekwencja desantu w Szeregowcu Ryanie. Jest długo, nudno, nieciekawie i absurdalnie. Melodramatyzm w dawce nieznośnej jest spotęgowany przez mnogość wątków. W każdym filmie epicko-wojennym, są kluczowe punkty w drodze protagonisty, jakieś znaczące symbole, medaliony, talizmany, pocałunki z ukochaną itp. To często zło konieczne. W Czasie Wojny ze względu na epizodyczną konstrukcją mamy każdy melodramatyczny moment przemnożony przez liczbę epizodów. I tak np.: wręczony jako talizman (koniowi) przez chłopca (TEGO) proporczyk z czasów bohaterskiej młodości jego ojca (chłopca ojca, koń też miał z pewnością bohaterskiego ojca, ale nic nie wiemy o jego żołnierskiej przeszłości) jest przekazywany co chwilę, niczym pałeczka w sztafecie.

Czas Wojny trwa wyjątkowo długo. Prawie 150 minut jak na film o tak dziurawej i przewidywalnej fabule, wymaga końskiego zdrowia i jeszcze większego, końskiego bohaterstwa. Co za dużo to niezdrowo. Stawiam „pałę” ze storytellingu i przestrzegam:

oj, lepiej nie

Czas Wojny, reż. S. Spielberg, USA 2011

sobota, 14 stycznia 2012

"Moneyball", czyli o piłce podkręconej


Baseball, z mojego punktu widzenia, jest grą fascynującą. Moja fascynacja baseballem opiera się na nieustannym balansowaniu pomiędzy niewiedzą a ignorancją. Nie znam zasad, nie znam drużyn, gwiazd, zawodników, trenerów, nigdy nie oglądałem meczu/gry/spotkania. Z urywków baseballowego widowiska jestem w stanie wykoncypować, że prawdopodobnie chodzi o to, by trafić piłkę kijem i najlepiej wywalić ją hen za stadion, poczym biec od bazy do bazy i punktować, wbrew przeciwnikowi i jego interwencjom. Ta wiedza w pełni mi wystarcza. Rozbudza wręcz moją fascynację związaną na przykład z wielością funkcji, jakie zawodnik może pełnić podczas baseballowego meczu. Część z nich tak wyspecjalizowanych, że nie wymaga na pierwszy rzut (sic!) oka specjalnego przygotowania atletycznego, choć zapewne niezbędne są jakieś specjalistyczne umiejętności – pewnego chwytu, rzucania podkręconej piłki, czy stalowych nerwów, gdy rozpędzona piłka z drewnianym wkładem (to jedyny zgłębiony przeze mnie tajnik/tajemnica baseballu) leci gdzieś między oko lewe a prawe. Statystyczny zawodnik baseballu nie różni się w moim postrzeganiu od statystycznego Amerykanina i nie mam jasnej odpowiedzi na to, co tak pochłania statystycznego Amerykanina w owej grze, że została ona obudowana tak potężnym biznesem. Ta słodka niewiedza podsyca moją powściągliwą fascynację baseballem.

Moneyball nie jest filmem o baseballu. Wszyscy, którzy liczą, że to właśnie Brad Pitt będzie tym, od którego wreszcie dowiedzą się „o co w tej grze chodzi” mogą się srogo rozczarować. Nie Bradem Pittem, dla jasności. Moneyball dotyczy zakulisowych mechanizmów, które rządzą światem zawodowego sportu. To także w jakimś sensie film o innowacji. „Jednostka jako motor napędowy systemowej zmiany” – tak można sparafrazować temat filmu, ale przede wszystkim to film o obsesji. Jeśli kiedykolwiek mieliście poczucie, że każda cząstka Was mówi Wam, że macie rację, ale ta odbija się jak groch od ściany, bo cały zewnętrzny świat zajmuje wobec Was stanowisko, w najbardziej optymistycznym wariancie, życzliwie obojętne, to doskonale zrozumiecie filmową drogę Brada Pitta, który wciela się w postać Billy Beane’a – menadżera drużyny baseballowej. Wraz z pomocą Petera Branda (Jonah Hill) próbują dokonać rewolucji w podstawach myślenia o istocie gry. Czy to świat zwariował, czy to z nimi jest coś nie tak? Wszyscy dookoła siedzą zabunkrowani, na swoich stołkach. A oni z uporem brną w swoje, ale czy po swoje? Z każdym krokiem ponoszą koszta. Czy to żelazna konsekwencja i skrajna pewność siebie, czy też akt ostatecznej desperacji?

Moneyball jest filmem na wskroś amerykańskim, jednocześnie zupełnie nie hollywoodzkim. Nie ma tu prostych schematów i oczywistych rozwiązań (fabuła oparta jest na faktach). Brad Pitt perfekcyjnie ciągnie tę, pełną soczystych scen opowieść. W swojej kreacji jest bezpretensjonalnie wiarygodny i bezpośredni. Sceny, w których jest w samym środku menadżerskiego żywiołu i handluje zawodnikami, przerzucając ich kontrakty – a wraz z nimi życia, rodziny, hipoteki – niczym pionki na szachownicy, mają naprawdę potężną siłę rażenia. Jest coś w tym filmie, co sprawia, że oglądając, czułem się jak skórzana rękawica, w którą z impetem wpada podkręcona piłka.

Nie wiem, czy Brad Pitt zabiera swoje dzieci na mecze baseballu. Nie wiem też, czy chadza na nie bez dzieci. Ewidentnie czytam niewłaściwą prasę. Ale zdarza się, że oglądam właściwe filmy. Moneyball oglądnąć zdecydowanie:

warto

Moneyball, reż. B. Miller, USA 2011

wtorek, 10 stycznia 2012

"Szpieg", czyli o tym, że człowiek człowiekowi wilkiem


Myślę, że Thomas Hobbes lubiłby kino. To wynalazek, który w doskonały sposób kanalizuje emocje. Na sto kilkadziesiąt minut oddajemy każdorazowo swoją wolność w ręce biletera, a swój tyłek w fotelową pielesz. Gdy gasną światła rozpoczyna się seans, który niczym pijawka jest w stanie upuścić złej krwi. Skoro człowiek, gdy mu dać wolność, zajmuje się wyłącznie walką, to człowiek wolności w sali kinowej pozbawiony, nie stanie się od razu dobry, ale przez dłuższą chwilę nie będzie zły (za wyjątkiem kinowych trolli, którzy szeleszczą, mlaskają, paplają, stękają, stukają esemesy, wiercą się, syczą, nie wyciszają komórek – włączając te szare, ale to w zasadzie jest oddzielny podgatunek). Dlatego myślę, że Thomas Hobbes lubiłby kino. Wracając do wilków i wolnego człowieka. Mają jedno wspólne, poza tańcem – lubują się w skakaniu sobie do gardeł. Skakać do gardeł można na wiele różnych sposobów. Niekoniecznie warcząc i z pianą na ustach. Można to robić dyskretnie i przebiegle, w białych rękawiczkach, nie zostawiając żadnych śladów, ze sznytem i elegancją brytyjskiego gentelmana, ale i z szaleństwem, pełnym panicznego, permanentnego lęku. Tak właśnie skaczą sobie do gardeł brytyjscy szpiedzy w zawsze mglistym, zimnowojennym Londynie.

piątek, 6 stycznia 2012

"W Ciemności", czyli światełko w tunelu


Podobno tuż przed śmiercią widać światełko w tunelu. Nie wiem. Nie sprawdzałem. Ale potwierdza to wiele osób, które przeżyło śmierć kliniczną. Ruszając w stronę światła, powracali do ziemskiej świadomości. Światełko w ciemności stało się nieoczywistym symbolem nadziei. Nieoczywistym dlatego, że w ciemności oślepia na tyle, że nigdy do końca nie wiadomo, co tak naprawdę za sobą skrywa. Pierwsza połowa XX wieku to były mroczne czasy. Prawdopodobnie najmroczniejsze w historii ludzkości. W Ciemności Agnieszki Holland to portret pogrążonych w mroku, lwowskich kanałów przez ostatnie czternaście miesięcy II wojny światowej. Świat, w którym nigdy nie wiadomo, czy światełko na końcu tunelu zwiastuje nadchodzącą pomoc, czy nieuchronną śmierć. Na początku nowego roku film ten to swoiste światełko w mrocznym tunelu rodzimej kinematografii. Jeśli chcesz, drogi Czytelniku, dowiedzieć się, jak mocno się pali, to…