środa, 1 sierpnia 2012

Puknij się pan w łeb, czyli o tym jak Franek się wkurwił

To nie będzie recenzja, ani artykuł. To będzie wpis. Emocjonalny. Franek się wkurwił. Wkurwił na głos.

Uwaga na wstępie - post zawiera sformułowania wulgarne i powszechnie uznawane za obraźliwie. Trudno.
Przy stole siedzą trzy młode osoby: Melania (Magdalena Grąziowska), Przemek (Bartosz Porczyk) i Otto (Ksawery Szlenkier). Ten ostatni ubrany w niemiecki mundur trzyma w ręku... karabin maszynowy, z którego mierzy do Przemka. - Może chciałbyś herbaty, może kawy? A może coś do jedzenia? - Melania nieco uwodzicielsko pyta Ottona, jakby sytuacja była zupełnie zwyczajna. On z trudem, śmiejąc się, wypowiada słowo "kiełbasa" - bo reszta rozmowy toczy się po niemiecku - ale w końcu prosi o piwo. Melania za jego milczącą zgodą idzie do lodówki. Wyciąga z niej puszkę piwa. By ją odebrać, Otto musi odłożyć broń na stół. Piwo z otwieranej puszki tryska jak fontanna, a wtedy zaskoczony Otto dostaje od Melanii w głowę czymś ciężkim... 
Jesteśmy w hali zdjęciowej wytwórni na Chełmskiej w Warszawie, gdzie Juliusz Machulski kręci komedię fantastyczną "AmbaSSada". To ósmy dzień zdjęciowy.
Czy to fragment gimnazjalnej rozprawki? Wycinek z eseju maturalnego? Reportaż do szkolnego radiowęzła? Nie - to fragment "artykułu" uznanego krytyka filmowego Jacka Szczerby. Jeśli tak jak ja nie możecie uwierzyć w to, co czytacie, to trzymajcie się - to jeszcze nie koniec.
Operator Witold Adamek stara się, by podczas tej sceny nie było widać w kadrze marki piwa na puszce, żeby wystrzał piany przy jej otwieraniu był jak największy i żeby cios w głowę Ottona wypadł okazale. Niemiec zwala się po nim z krzesła. Rzecz jasna na podłożony obok materac, którego kamera nie pokazuje. Między kolejnymi dublami trwa wycieranie zamoczonej podłogi, jeden z asystentów suszarką do włosów suszy krzesło...

To się nazywa "magia kina" według Jacka Szczerby - nie pokazują materaca! Rozumiecie już, na czym polega ta sztuczk
Przenosiny w czasie? Czemu nie, przecież już w komedii "Ile waży koń trojański" Machulski udowodnił, że nie ma z tym żadnych problemów.
No pewnie - jak wykurwiście wyszedł Koń trojański wie każdy, który widział tego gniota. Można śmiało stwierdzić, że pan Machulski ma papiery na reżyserowanie filmów o przenosinach w czasie. Podobna dla Ambassady zrezygnował z kręcenia kolejnej części serii Powrotu do przyszłości. Generalnie polscy filmowcy z niczym zdają się nie mieć żadnych problemów.
Mnie na planie "AmbaSSady" najbardziej urzekło jednak filmowe mieszkanie: zupełnie jak prawdziwe, tyle że bez sufitu. Duże i wygodne - łazienka z kuwetą dla kota, sypialnia z szerokim łóżkiem, salon z plazmowym telewizorem, gabinet z wygodnym biurkiem i półkami na książki (książek w ogóle jest tu pełno). Podziwiałem ubrania i kije golfowe w garderobie, a na tzw. zapleczu kilka zapasowych sztuk munduru Ottona, do wymiany, gdy komplet używany do zdjęć będzie już mokry od piwa.
Każdy z pewnością widział kiedyś film, w którym bohater zagląda do lodówki, co kamera filmuje tak, jakby sama była w tej lodówce. Trik polega oczywiście na tym, że lodówka nie ma tylnej ścianki. Taka lodówka była też w studiu na Chełmskiej - nie mogłem się oprzeć, żeby do niej nie zajrzeć. Piwa w niej nie znalazłem. A może z przejęcia go nie zauważyłem?
Panie Jacku, kino od zawsze korzysta z przestrzeni studyjnych. To żadna nowość, nie ma się, czym podniecać, do chuja! Można wejść do lodówki, choćby od tyłu i trochę ochłonąć, co sugeruję, gdyż panie Jacku, tak kadzić po prostu nie wypada. Jeśli zastanawiacie się skąd się ta bezrefleksyjna, dyletancka egzaltacja bierze? Służę pomocą. W jednym z filmików, o tym właśnie, ok 1m40s:
http://wyborcza.pl/12,82983,12201060,Winda_wehikulem_czasu__niemiecki_oficer_kontra_piekna.html 
nietrudno dostrzec gdzie, oprócz studia na Chełmskiej kręcone są zdjęcia do filmu Machulskiego. Tuż za rogiem, wręcz na przeciwko - w siedzibie koncernu Agora przy ulicy Czerskiej. Koincydencja? Franek nie wierzy w takie przypadki. Agora, to koncern medialny, wydawca Gazety Wyborczej, w której zatrudniony jest rzeczony pan Szczerba. Czy kogoś zdziwi, gdy oficjalnie okaże się, że Agora jest jednym z producentów filmów Machulskiego? Mnie na pewno nie. Dlatego, by zachować twarz warto od razu na wstępie zaznaczyć, że to co spłodził pan Szczerba to nic innego jak artykuł sponsorowany. Tak to działa, w naszym filmowym świecie wzajemnej adoracji, w którym krytycy filmowi to banda przygłupich lizusów, kompletnie odciętych od rzeczywistości, dla których wyjście do kina to darmowy bankiet ze znajomymi.

Ciekaw jestem, czy te wszystkie gnioty, które tak wielkodusznie "gwiazdkują" podobałyby im się tak samo, gdyby przyszło im płacić prawie trzy dychy za bilet, jak normalnemu człowiekowi?

Artykuł Szcerby jest ohydny na wielu poziomach i wkurwił mnie strasznie, wręcz rozsierdził. Rozumiem, że są ludzie, którzy uznają Seksmisję za komedię wszechczasów, ale to było w 1983 roku, do kurwy nędzy! Panie Szczerba rypnij się pan w łeb, bo po Kołysance naprawdę nikt nie czeka na kolejny film Machulskiego. Wybitność, to nie jest tytuł, który otrzymuje się dożywotnio i z automatu. Jesteś tak dobry jak Twój ostatni film, czyli w przypadku Machulskiego - jesteś chujowy! I to podwójnie. A jak ktoś nie wierzy, to niech sobie zobaczy Konia trojańskiego i Kołysankę - życzę powodzenia.

Nie wiem, na czym jeszcze polega symbioza polskich krytyków z filmowcami, ale naprawdę to wzajemne gmeranie się po jajcach przyprawia mnie o mdłości. Filmy w Polsce są dotowane z haraczu pobieranego od wszystkich dostawców mediów: nadawcy telewizyjni, platformy cyfrowe, kina, dystrybutorzy. Rocznie zbiera się tego przeszło 100 milionów złotych, które wypierdalane są w błoto na przeszło trzydzieści produktów filmopodobnych, których powstanie możliwe jest dzięki lizusom pokroju Szczerby i leniom odcinającym kupony jak Machulski. Polski producent, żerując na dotacjach, jeśli w ogóle, to ponosi minimalne ryzyko finansowe. Frekwencja na polskich filmach artystycznych jest generalnie żałosna. Widzowie polskich komedii w dużej mierze mają problemy z równoczesnym czytaniem napisów, wpierdalaniem popcornu i żłopaniem piwska. A wszystkim od początku zarządza jedna baba - polska Amelia, czyli Agnieszka Odorowicz:


Z ręką na sercu przypomnijcie sobie ostatni polski film, który Was wzruszył, rozśmieszył, nauczył czegoś nowego, odkrył nieznany zakątek świata, emocji. Zrobił z Wami coś, co tylko sztuka zrobić z człowiekiem potrafi i na trwałe zapisał się w Waszej pamięci. Można wpisywać śmiało w komentarzach. Ciekawe ile się tego uzbiera. Może jest rzeczywiście tak wspaniale, jak chcieliby nam wmówić nasi krytycy.

Mnie wydaje się jednak, że polskie kino jest równie puste jak spojrzenie pani z powyższego zdjęcia. Wiem, że nie jest to argument merytoryczny. Wiem, że chaotycznie generalizuję, ale to nie jest kwestia gustu. To po prostu kwestia smaku.

Tyle.


Artykuł sponsorowany z planu Ambassady możecie przeczytać tutaj.


niedziela, 29 lipca 2012

"Mroczny Rycerz Powstaje", czyli jak epicko skonkludować


Upały i filmy o superbohaterach idą z sobą w parze. Zwłaszcza w wydaniu klimatyzowanych multipleksów. Najnowszy – ostatni w wydaniu Christophera Nolana Batman rozczarowuje, ale nie znaczy to wcale, że jest złą opcją na schronienie się przed gorącem.

Trylogia zatacza koło i wraca do punktu wyjścia, czyli poziomu z 2005roku, czyli Batman - Początek. To solidne kino rozrywkowe, które nie ma wiele wspólnego z artyzmem i epickością drugiej części. Mroczny Rycerz pozostaje jedynym filmem o superbohaterze, w którym ani przez moment nie wątpiłem, że Gotham City można wskazać bez problemu na mapie świata, i który urealniając komiksową postać stworzył zupełnie nowy poziom metafory. Finałowy odcinek trylogii o Batmanie w tym kontekście rozczarowuje, bo wraca do swoich komiksowych korzeni i nie spełnia swojej głównej marketingowej zapowiedzi – nie jest konkluzją, a i z epickością radzi sobie średnio.

Jeśli oczekujecie rozwiązań ostatecznych – zawiedziecie się. Po raz kolejny okazuje się, że superbohatera zlikwidować nie jest łatwo, zwłaszcza jeśli przynosi dochody. Mroczny Rycerz Powstaje to kino rozrywkowe i jeśli w tym dokładnie miejscu ulokujecie swoje oczekiwania nie rozczarujecie się.

można

poniedziałek, 9 lipca 2012

"Hotel Marigold", czyli o tym, że nigdy nie jest za późno na happy-end


Brytyjczycy mają patent na komedię. Umieją pleść wielowątkowe opowieści. Budować wyraziste postaci, których losy tworzą razem barwny kolaż. Nie inaczej jest w przypadku Hotelu Marigold, z tą różnicą, że grupa bohaterów jest w zaawansowanym wieku. Dawno w jednym filmie nie oglądałem tylu utalentowanych... staruszków zdaje się być tutaj nie na miejscu. Całość to zbiór przypowieści o ludziach, z których każdy na swój sposób odkrywa, że na szczęście nigdy nie jest zbyt późno. A odkrycia tego dokonują z dala od domu, na skraju brytyjskiego imperium - w Indiach, z sobie właściwym zdystansowanym, brytyjskim humorem.

Twórcy momentami szarżują, kiedy to nad całością górę bierze bollywoodzki melodramatyzm, ale nie zmienia to faktu, że Hotel Marigold to produkcja udana, ciepła i wzruszająca, i nie ma znaczenia, że przy chłodnej analizie wychodzą niedostatki narracyjne czy psychologiczne uproszczenia. Oglądanie bandy zdolnych brytyjskich emerytów dostarcza solidną dawkę katartycznej rozrywki.

Sprawnie zrealizowane, proste, ciepłe i mądre kino o sprawdzonych życiowych prawdach. Na końcu wszystko będzie w porządku. Jeśli nie jest w porządku to znaczy, że to jeszcze nie koniec.

warto
Hotel Marigold, reż. J. Madden, UK 2011

piątek, 6 lipca 2012

"Niesamowity Spider-Man", czyli o tym ile razy można rozpoczynać


Sequel, prequel, remake, z rzadka adaptacja. Tak wygląda krajobraz holywoodzkich blockbusterów z budżetem <200mln $. Niesamowitego Spider-Mana nie łatwo sklasyfikować. To po prostu jeszcze raz to samo, tyle że od początku i nie ma sensu zagłębiać się w logikę, dopóki mechanizm działa. Czy ktoś z Was zastanawia się, dlaczego w McDonald'sie nie podają jagnięciny w truflach? No właśnie. Do McDonalda nie chodzimy po to, żeby narzekać że mają tylko frytki i hamburgery.

Jeśli się rozumiemy, to przejdę od razu do konkretów. Warto zobaczyć Niesamowitego Spider-Mana, bo to jeszcze raz to samo, ale od początku. W filmach o superbohaterach początki są najfajniejsze. Zwyczajne przeobraża się w niesamowite. Peter Parker staje się człowiekiem pająkiem, uczy nowych mocy bawiąc się przy tym jak nastolatek, a my bez względu na wiek, bawimy się razem z nim. Nowy Spider-Man – Andrew Garfield, jest może trochę chuderlawy, ale na pewno bardzo sympatyczny i jego olbrzymia frajda z noszenia pajęczego kostiumu udziela się. Iskrzy między nim a jego ekranową ukochaną (Emma Stone) aż miło. Fruwa po Nowym Jorku w prawdziwym 3D, i to też robi wrażenie. Potrójne. Brakuje trochę przerażającego nemezis. Rhys Ifans jako szalony naukowiec/wielka jaszczurka nie ma charyzmy Willema Defoe. Po reżyserze Marcu Webbie (500 dni miłości) też pewnie można się było trochę więcej spodziewać. Nie zmienia to faktu, że Niesamowity Spider-Man, stanowi sam w sobie doskonały pretekst, by spędzić prawie trzy godziny (136 min + blok reklamowy) w klimatyzowanej sali multipleksu. Na pewno bardziej ekologiczny niż siedzieć w samochodzie na biegu jałowym, jeśli samochód posiadamy, a tenże klimę.

A na tych, którzy wysiedzą chwilę na napisach końcowych czeka niespodzianka, w postaci ukrytej sceny, która... Tak właśnie – zapowiada kolejną część przygód Spider-Mana, czyli sequel remake'u nowej serii, albo jakoś tak i wtedy pewnie okaże się ile nowa odsłona Spider-Mana tak naprawdę jest warta. Tymczasem nowy stary początek jest zupełnie niezły.

można

środa, 4 lipca 2012

"Cosmopolis", czyli o finansiście co chciał się ostrzyc


Franek nie czytał powieści Dona DeLillo. Franek nie czytał wielu książek. Z tych, które przeczytał, większość nie doczekała się swoich ekranizacji. To chyba właściwa proporcja. Film nie powstał przecież jako medium do ekranizowania książek. Film ma swoje opowieści, a książka swoje. By te światy miały się przenikać, winien zaistnieć słuszny powód. Skoro wszystko powiedziano już w książce, po co robić kiepski film na jej podstawie?

Franek nie czytał powieści DonaDeLillo, dlatego nie może się odnieść, czy jest ona dziełem udanym, czy nie. Z pewnością autor legitymuje się pewną renomą, jak zresztą autor ekranizacji – David Cronenberg. Po seansie Cosmopolis zdaje się jednak, że renoma Davida Cronenberga dawno już go przegoniła i zostawiła daleko w tyle (w raczej nieciekawym miejscu). Franek nie ma pojęcia, czym w zamierzeniu miało być  Cosmopolis. To, co zobaczył na ekranie przypominało efekciarski teatr telewizji z przeceny, czy innej wyprzedaży. Robert Pattinson jedzie limuzyną przez jakieś miasto. To rekin finansjery, ale równie dobrze mógłby być wampirem tejże, bo jego twarz przedstawia identyczną paletę emocji, co w niesławnej słynnej sadze młodzieżowej o wampirach: Twilight. Pattinson jedzie się ostrzyc, a co chwilę dosiadają się do jego limuzyny kolejne postaci. Wszystkie dziwne, z jakiegoś podejrzanego, zmyślonego świata o bardzo specyficznej estetyce. Z każdą kolejną Pattinson prowadzi nudziarskie gadki z pogranicza światowej ekonomii, rynków walutowych, technologii, seksu, filozofii, sensu życia, wszystko na tle otwierającego cytatu ze Zbigniewa Herberta. Dziwny styl opowiadania kamerą Cronenberga od pierwszych kadrów irytuje. Wkurza syntetyczny świat. Irytują grubą nicią szyte meta-parabole do kondycji globalnego świata. Pattinnson jest pozbawiony charyzmy w groteskowym wymiarze, co znacząco utrudnia wejście w role pozostałym postaciom. Wszyscy aktorzy zagrywają się na całego, próbują grać dziwnie, znacząco, a wychodzi im głupio i manierycznie. Widać, że zostali całkiem osamotnieni przez reżysera.

Franek siedział, oglądał, minuty dłużyły się niemiłosiernie. Na koniec odetchnął z ulgą, że to koniec.  Cosmopolis Cronenberga, to jego zdaniem filmowa pomyłka. Jeszcze nie wie, czy sięgnie po powieść, choć jest w stanie sobie wyobrazić, że między wierszami pojawią się sensy, których między klatkami zabrakło. Nie wszystko da się zekranizować.

Franek napisał tę krótką recenzję w trzeciej osobie, jako urozmaicenie, wobec tematu filmowego, do którego serca nie miał, i który serca jego nie poruszył. Tym, którzy chcą się zapoznać z twórczością DeLillo, a z jakiegoś powodu nie mogą jej przeczytać, Franek poleca audiobooki.

oj, lepiej nie

Cosmopolis, reż. D. Cronenberg, Francja, Kanada, Portugalia, Włochy 2012

środa, 27 czerwca 2012

"Szepty", czyli wiktoriańskie ghostbusters


Szepty, brytyjski horror psychologiczny, wciąż w niewielkiej liczbie kopii nawiedzają kina. To nie tylko przykład tzw. polskiej szkoły kreatywnego tłumaczenia tytułów (ang. The Awekening, czyli przebudzenie), ale także dobry przykład na to, jak trudno zrobić bezbłędne kino gatunkowe.

Szepty mają twarz Rebecci Hall, która w pastelowych barwach prezentuje się intrygująco i atrakcyjnie. Otwierająca scena, zaskakująca dla tych, którzy nie zapoznawali się przed seansem z materiałami prasowymi, jest tak samo intrygująca (zaskakująca przewrotka), co atrakcyjna – rzeczona Rebecca Hall – wcielająca się w postać Florence, kobiety błyskotliwie demaskującej wszelkie przejawy rzekomego działania sił nadprzyrodzonych. Jak wiadomo, duchy nie istnieją. Istnieje rozum oraz wiedza, co Florence udowadnia w swojej bestsellerowej książce, w której bez cienia wątpliwości rozprawia się z wszelkiej maści oszustwami związanymi z duchami.

Wtem pojawia się przystojny, tajemniczy nauczyciel z tajemniczej szkoły, w której giną mali chłopcy. Giną ze względu na duchy, ale duchów nie ma, co Florence zamierza udowodnić. Trafiamy do wiktoriańskiej posiadłości, w której mieści się szkoła z internatem. Już pierwszej nocy za pomocą swego demaskatorskiego sprzętu udaje się naszej bohaterce udowodnić, że duchów nie ma, a tajemnicza śmierć chłopca nie była sprawką żadnej mary, a ludzkiej nikczemności. 30 minut filmu za nami. Florence odwaliła swoją robotę. Może wracać do domu... Ale nie wraca. Nie wiadomo dlaczego. Florence też nie wie. Aż tu nagle objawia nam się prawdziwa motywacja bohaterki – jej krucjata przeciw wszelkiej maści ducho-szarlatano-uzurpatorom związana jest z tym, że tak naprawdę ona chce ponad wszelką miarę w zjawiska nadprzyrodzone uwierzyć! Jej racjonalizm to poza. Florence pragnie uwierzyć w duchy, bo czuje, że tylko tak upora się ze świadomą traumą z przeszłości - jej ukochany zginął na wojnie – i traumą podświadomą, z której jeszcze nie zdaje sobie sprawy. Zda zaś, jak tylko uwierzy w duchy. Więc musi uwierzyć w duchy, żeby poradzić sobie z najgłębszą i najczarniejszą warstwą swojej podświadomości. Florence po prostu musi zostać. W przeciwnym razie film by się skończył. Film się nie kończy. Rozpoczyna się w zasadzie zupełnie nowa historia, pt. „uwierz w ducha” wbrew zarysowanemu początkowo portretowi psychologicznemu bohaterki. Stopniowo, wraz z rozwojem kolejnych wątków, opowieść rozwarstwia się coraz bardziej, na luźno z sobą związane mikro historyjki. Nie wiadomo zupełnie dokąd prowadzi, a gdy już dochodzi do finału jesteśmy kompletnie zagubieni. Sekwencje horrorowe są nastrojowe i przede wszystkim skuteczne – straszą, jednak fabularno-psychologiczny pretekst jest poprowadzony nieudolnie i zawodzi na całej linii.

Szepty przypominają niekochanego kuzyna chłopca z Szóstego Zmysłu i ubogą krewną Nicole Kidman z Innych. To rozczarowanie, którego nie rozgrzesza fakt, że kilkukrotnie Frankowy tyłek uniósł się z fotela w bezwarunkowym odruchu. Tylko dla osób ponad miarę spragnionych horroru. W przeciwnym razie,

oj, lepiej nie

Szepty, reż. N. Murphy, Anglia 2011

niedziela, 24 czerwca 2012

"Ścigana" vs. "Safe House", czyli jak dostać lanie od kobiety kontra showdown jak się patrzy





Kino akcji rządzi się swoimi prawami, tj. zwykle podporządkowane jest akcji. Bywa, że wyłącznie i nie ma w tym niczego złego. To, kino w którym dostajesz to, czego oczekujesz. Chyba, że nie dostajesz. W takim przypadku mowa o nieudanym kinie gatunku. Pojedynek w obrębie tej recenzji dotyczy dwóch szalenie podobnych filmów, z których jeden jest próbą odświeżenia formatu, drugi zaś zrealizowany został zgodnie z wszelkimi prawidłami rzemiosła.

Na początek świeżość. Ścigana rozpoczyna się niepozornie, ale to tylko cisza przed burzą. Znienacka następuje seria ciosów. Ekranowe uderzenia mają w sobie niespotykaną prawdę. Bolą, za każdym razem, a wyprowadza je Mallory - tajna agentka rządowa, która stała się niewygodnym elementem w wewnątrzagencyjnej intrydze i teraz jej pracodawcy chcą ją zlikwidować.
Reżyser Steven Sodebergh, który balansuje ostatnio pomiędzy eksperymentem a zagubieniem, obsadził w roli Mallory czynną zawodniczkę muai thai i gwiazdę MMA – Ginę Carano. Mallory nie stosuje chwytów rodem z Aniołków Charliego, ani nie nosi obcisłego kombinezonu Lary Croft. Ma za to w swoim repertuarze całą gamę duszeń, trzymań, dźwigni, kopnięć, podcięć. Mallory łamie kości. I robi to w sposób wiarygodny i prawdziwy. Choreografie walk są tak zrealizowane, że wreszcie “kobieta mnie bije” nabiera sensu. Bije i to jak! Ze specyficznym wdziękiem, wbrew powszechnemu modelowi przedstawiania w filmie walecznych kobiet. Sodebergh bawi się gatunkiem i tworzy specyficzne poczucie prawdy. Nie idzie na uproszczenia w stylu “zabili go i uciekł”. Mallory jest świetna w tym, co robi, ale nie jest superbohaterką. Wyplątuje się z tarapatów nie dzięki umownym super mocom, tylko wytrenowaniu i umiejętnościom. Na Mallory czyha cała plejada męskich gwiazd w świetnych epizodach: Antonio Banderas, Michael Douglas, Ewan McGregor, czy Michael Fassbender, z których większość chce ją zabić. Miło się patrzy jak Mallory ze swoim topornym wdziękiem kopie im tyłki.

W odróżnieniu od Ściganej, w Safe House nie ma miejsca na eksperymenty. Pewnie w dużej mierze dlatego, że kosztował cztery razy więcej. Intryga jest podobna, z tą różnicą, że bohaterów jest dwóch, żółtodziób z CIA - Ryan Reynolds - i stary wyga, eks-agent - Denzel Washington. I podobnie obydwaj stają się pionkami w skomplikowanej wewnętrznej grze pomiędzy szpiegami CIA. Może trochę się zagalopowałem. Intryga nie jest wybitnie skomplikowana sama w sobie, ale na tyle, by dać pretekst do niekończących się scen akcji, i jako taka spełnia swoją rolę fachowo. A akcji mamy tutaj co niemiara. Kilometrowe pościgi, strzelaniny na stadionach, tłumy statystów i znowu biegną, i strzelają, i biją się. Wszystko zrealizowane doskonale, ale dużo tego. 5-10 minut mniej z czystej akcji, nie zrobiłoby filmowi źle. Śmiało, przy kolejnym pościgu można sobie zrobić herbaty. Czasami rozmach działa na napięcie gorzej niż kameralna duchota. Ale mimo tego Safe House dostarcza bardzo solidnej rozrywki, no i ma jeden niezaprzeczalny atut - Denzela Washingtona, czyli najbardziej rzewnego z żelaznych twardzieli, który kradnie cały film, bezwzględnie wykorzystując swoją monstrualną charyzmę.

Obydwa filmy powinny spełnić swoje zadanie i dostarczyć porcję solidnej filmowej rozrywki. Każde na swój, nieco inny sposób. Safe House nasyci rządnych emocji trochę bardziej w stylu McDonald’sa, a Ścigana jest jak ta nowa knajpka całkiem niedaleko, w której jeszcze nie byłeś. Smacznego!

Ścigana, reż. S. Sodebergh, USA, Irlandia 2011

można

Safe House, reż. D. Espinosa, USA, RPA 2012

można

wtorek, 19 czerwca 2012

“Łowcy Głów”, czyli z głową

Z rzadka czytam kryminały, ot tak. Bez powodu, i bez uprzedzeń. Czytałem „Millenium” Stiega Larssona, i to jest mój punkt odniesienia, gdy słyszę hasło „kryminał skandynawski”. Zachęcające odniesienie. Jo Nesbo nie czytałem, ale reputację autor ma zacną. Skandynawowie swoje kryminały ekranizować potrafią. Na ulotkach promocyjnych zachwyty, zwiastun wygląda apetycznie. Na papierze „Łowcy Głów” przedstawiają się z imponującą wręcz reputacją. A podobno reputacja jest w życiu najważniejsza…

Łowcy Głów” to interesujący przypadek. Z łatwością mogę sobie wyobrazić, że ten film wciąga od pierwszej do ostatniej sceny i trzyma w
kleszczach napięcia mocno. Tylko, że film, który obejrzałem był jak przejażdżka rollercoasterem bez zapiętych pasów. Po wypadnięciu z wagonika przy okazji pierwszego zakrętu kończy się cała zabawa. Wagoniki jadą sobie dalej. Wirują w beczkach, świdrach i innych wygibasach, ale już bez nas.

Łowcy Głów” mają misterną intrygę, w której wszystko się zgadza. Ale tylko teoretycznie. W praktyce opowieść szybko wyprowadza z przeświadczenia o swojej wewnętrznej logice, a ton przejmuje niezrozumiała melodramatyczna pretensja. We wstępie dowiadujemy się, że włamanie w celu skradzenia dzieła sztuki (tym hobbystycznie zajmuje się główny bohater) winno trwać nie dłużej niż 10 minut. Chwilę później obserwujemy bohatera, który w trakcie włamania, z tykającym zegarem w tle, w pełni napięcia, już z drogocennym obrazem … zamiera przed oknem. Ściąga maskę i wpatruje się maślanym wzrokiem w bawiące się beztrosko, na norweskim chodniku, dzieci. Wpatruje się i rozmyśla, bo wcześniej pokłócił się z żoną, którą kocha, ale i zdradza, no i nie czuje się gotów, by mieć z nią dzieci. I stoi i patrzy. I stoi i patrzy. I wreszcie powraca do pomysłu wyjściowego – uciekać z miejsca przestępstwa, ale nie… Te dzieciaczki, tak się bawią, a w tle taka rzewna muzyka. Wyciąga telefon z kieszeni. Nabiera numer do… żony. Do żony, bo ckliwością nagłą obezwładniony musi się z nią skontaktować. Oczekuje na połączenie, aż tu nagle… Telefon żony dzwoni w pokoju obok! Co za zbieg okoliczności! Czy to możliwe, że żona głównego bohatera zdradza go z mężczyzną, którego ten właśnie okrada? Takie rzeczy tylko w Norwegii, i tylko dla widzów o stalowych nerwach i wyrozumiałości z kauczuku. Takie sceny skutecznie rozrywają na strzępy misternie obmyśloną intrygę i skutecznie odbierają jej wiarygodność. Do tego zamiast robić skandynawskie kino, autorzy próbują udawać Hollywood. Norweski rolnik, który stoi na ganku z dubeltówką pod pachą. Teksańska estetyka, której kwintesencją jest absurdalna postać czarnego charakteru (Nikolaj Coster-Waldau, jako eks-komandos) dodaje całości nieznośnego posmaku. Nie wiadomo czy śmiać się, drzeć szaty, czy po prostu wyjść z kina.

Na tych, którzy dotrwają do końca, czeka wątpliwa nagroda w postaci refleksji, że najważniejsza jest reputacja, a brak potomstwa stoi na drodze do szczęścia, nawet kochającej się pary. No i zawsze można sobie wyobrazić, że na papierze, tj. jako scenariusz film ten zapowiadać mógł się naprawdę nieźle, ale kilka kompletnie nietrafionych decyzji obsadowych, bezsensowne podkręcenie drewnianego melodramatyzmu sprawiło, że „Łowcy Głów” z siodła wysadzają przy pierwszym zwrocie akcji.

oj, lepiej nie

Łowcy Głów, reż. M. Tyldum, Norwegia, Dania, Rosja, W. Brytania, 2011

piątek, 15 czerwca 2012

"Mroczne Cienie", czyli o wampira tępych kłach


Jak udowadnia popkultura nie wszystkie wampiry muszą mieć kły, ale jeśli już mają niech będą przynajmniej ostre. Wampiry niezmiennie są na fali. Wiadomo, "what is dead may never die", ale ryzyko jest coraz poważniejsze, że kiepska opowieść wampirza może spowodować nudę nieśmiertelną.

Mroczne Cienie to odgrzany pomysł serialowy sprzed ponad czterdziestu lat. Czy skutecznie nie wiem, bo nie było mnie jeszcze wtedy na świecie. Za patelnię chwycił Tim Burton, a smaży się Johnny Deep w doborowym towarzystwie. Wszyscy znają się świetnie i można wyczuć, że przy smażeniu bawili się przednio. Nie przekłada się to jednak na jakość dania. 

Legendarna już wyobraźnia wizualna Burtona wypada jakoś blado i mało spektakularnie, mimo momentami bizantyjskiego przepychu. Historia jest głupawo poplątana, rozczarowująco błaha i opowiedziana topornie. Ratuje ją dosłownie kilka momentów, w których obserwujemy starcie XVIII wiecznego wampira z realiami lat '70. Ale to głównie żarty lingwistyczne, które nie są w stanie ponieść całości. A w tym całym misz-maszu nie wiadomo nawet ostatecznie za kim trzymać kciuki.

Mroczne Cienie, czyli rodzinna saga o rybnym imperium wskrzeszonym przez wampira o niespecjalnie ostrych kłach, z rozrywką mają tyle wspólnego co tuńczyk w puszce z rybą...

oj, lepiej nie

Mroczne Cienie, reż. T. Burton, USA 2012

Zmiany, zmiany... Zmiany?

Franek męczy się w narzuconych przez siebie łańcuchach. Niemożność odnalezienia czasu na zrealizowanie własnej formy, tzw. "recenzji wyczerpującej" zaowocowała zastojem w interesie. Zainspirowany inspirującymi remisami polskich piłkarzy zmieniam, nie tylko czcionkę. 


Tym co jeszcze zaglądają nie powinno zaszkodzić, że od teraz będzie częściej, choć krócej, za to niezmiennie szczerze i bez litości. Mam nadzieję, że nowa formuła, tzw. "recenzja mniejwyczerpująca" będzie jak... sama nazwa wskazuje. 


Najlepszego,
Franek

środa, 9 maja 2012

Gdynia Film Festival, czyli parszywa trzynastka

W konkursie głównym tegorocznego gdyńskiego festiwalu filmowego znalazło się trzynaście filmów. O jeden więcej niż w roku ubiegłym. Część filmów dopiero czeka kinowa premiera, niektórym zostało już tylko wydanie na DVD, a jeszcze inne są już dostępne w kioskach, jako dodatek do kolorowych gazet.

Nie wiem, co można ugrać "palemką" gdyńskiego festiwalu na okładce, czy plakacie. W jakim stopniu oddziałuje ona na widzów jako rekomendacja? Czy ktokolwiek bierze ją za znak jakości?

Większości filmów z parszywej trzynastki nie widziałem, ale nie mogę się nadziwić, co wśród nich robi W ciemności Agnieszki Holland? To jakby kazać sprinterowi pobiec maraton, braciom Kliczko bić się z braćmi Mroczek, a Pudzianowi tańczyć na lodzie (chyba, że coś przegapiłem...). W skrócie, pojedynek z gruntu niesprawiedliwy bez perspektyw na dobre rozwiązanie.

W ciemności osiągnął wszystko. To bezdyskusyjny sukces, dystansujący pozostałe filmy o kilka długości: nominacja do Oskara, prawie 1 200 000 widzów w polskich kinach, międzynarodowa dystrybucja. Palemka gdyńskiego festiwalu pasuje do tego zestawu jak kwiatek do kożucha. Jest zbędna i do niczego niepotrzebna. A co będziemy myśleć, jeśli W ciemności nie wygra? I tak źle i tak nie dobrze.

Parszywy wybór...

wtorek, 8 maja 2012

”Lęk wysokości”, czyli o czytaniu nekrologów


Kupowanie biletu na polski film jest jak przeglądanie nekrologów w gazecie. Większość nazwisk jest obca. Często wszystkie. Każde reprezentuje czyjąś osobistą tragedię, z których większość i tak pozostanie anonimowa. Czytaniu nekrologów towarzyszy dziwne uczucie. To rodzaj wyzwania rzuconego losowi. Odkładamy gazetę i nic się nie zmienia - znowu się udało. Tak jak czytanie nekrologów zawiera w sobie jakiś promil emocji, tak coraz mniej rozumiem co zawierają w sobie kolejne film z podgatunku, ”wybitny film polski”.

Można stwierdzić, że tzw. ”film polski” to osobna kategoria, zarówno pod kątem artystycznym jak i rozrywkowym. Jest to dzieło w najlepszym wypadku nieudolne zarówno artystycznie, jak i rozrywkowo, a efektem ubocznym jest porażka frekwencyjno-finansowa. Niezmiennie ”film polski” wzbudza zachwyt tabunu polskich recenzentów odwrotnie proporcjonalnie do zachwytu i zainteresowania widowni.

Omówię to zjawisko na przykładzie:

Poniedziałek, godzina 19.30, Lęk wysokości, reżyseria Bartosz Konopka. W sali kinowej na 200 miejsc, poza Frankiem zasiada 4 widzów (słownie czterech). Gaśnie światło. Tym razem ”film polski” rozpoczyna się od końca. Nieudolny montaż dźwięku i przestylizowane zdjęcia sugerują antycypację - oglądamy zakończenie - ojciec umarł. Gdy już dowiedzieliśmy się do czego film zmierza twórcy przedstawiają strzępy fabuły. Mamy syna-Dorociński i ojca-Stroiński. Pierwszy pracuje w TV, a drugi ma schizofrenię. Łapiecie to: ojciec-syn, schizofrenia-TV. Błyskotliwe? Będzie lepiej, bo to intelektualne połączenie twórcy filmu eksploatują na wszelkie możliwe sposoby. Ojciec wyrzuca co chwilę odbiorniki telewizyjny z okna swojego mieszkania. Cały czas ogląda telewizję i nagrywa pieczołowicie wszystkie telewizyjne wystąpienia swojego syna. Nawet uziemiony na oddziale zamkniętym w szpitalu psychiatrycznym, później i tak w jego gablotce znajdzie się nagranie z debiutu syna w roli prezentera wiadomości - magia kina, chciałoby się zakrzyknąć.
Nie dajcie się zwieść, że Lęk wysokości to film kinowy. Pretensjonalne stylizacje, przejaskrawione zdjęcia nie ukryją faktu, że talentu scenariuszowego w filmie tyle, co w telenoweli. Aktorzy starają się jak mogą, ale nie są w stanie nic ugrać, bo nie ma podstaw w postaci historii, której film Konopki jest pozbawiony całkowicie. To utwór skrajnie niezdarny dramaturgicznie. Pozbawiony jakiegokolwiek konfliktu. Zdarzenia rozgrywają się wyłącznie na zasadzie losowych zbiegów okoliczności i nie da się między nimi stworzyć logicznej sieci skutkowo-przyczynowych powiązań. 

Syn nagle, po 20 latach dostaje telefon z psychiatryka, do którego trafił jego ojciec. Jedzie nie wiadomo w jakim celu przekonany o tym, że nadzwyczajna inteligencja schizofrenika i tak da wszystkim lekarzom w kość. Ze spotkania po latach niewiele wynika. Syn nagle zaczyna się martwić losem ojca. Uznaje, że psychiatryk, to zbyt okrutne miejsce. Zabiera go z powrotem do zrujnowanego mieszkania, które jest już popisem finezji, wrażliwości i wyobraźni scenografów. Z sufitu, w formie kołysek dyndają podwieszone piloty telewizorów i inne tego typu ”pomysły” stanowiące impresję nt. wyglądu lokum klasycznego schizofrenika.

Pozostawiony sam sobie ojciec zaczyna szybko rozrabiać, więc znowu trafia do psychiatryka i tak w kółko. Syn opiekując się ojcem zawala i w pracy i zaniedbuje żonę, ale nie ma to żadnych konsekwencji. Po kolejnych wpadkach w pracy, dostaje kolejne awanse, a kolejne napady histerii jego żony sprawiają, że tamta kocha go tylko bardziej. A koniec i tak już znamy z pierwszej sceny.

Lęk wyskości to film karykaturalny. Reżyser – zdolny dokumentalista wykazuje się całkowitym brakiem fabularnego talentu. Konopka bierze się za rozliczenie z demonami własnej przeszłości, ale nie udaje mu się postawić żadnego pytania. W efekcie Lęk wysokości to dzieło niewiarygodne, nudne i pretensjonalne, któremu nie udaje się podjąć tematów, po powierzchni których się prześlizguje: choroba bliskiej osoby, starość, relacji ojciec-syn.

Lęk wysokości to film o zawartości emocjonalnej porównywalnej z nekrologiem anonimowej osoby. I tak przez półtorej godziny... Zdecydowanie odradzam,

oj, lepiej nie

Chyba, że podobały się Tobie ”Pręgi”, czy ”33 sceny z życia” - w takim przypadku pędź do kina bez ”Lęku...” póki jeszcze grany jest.

Lęk wyskości, reż. Bartosz Konopka, Polska 2011